Rozdział 8

Księżycowa Mewa zwinęła się w kłębek i z całych sił próbowała nie łkać. Dziś zmarł Osuguwi, najważniejszy i najstarszy szaman Szarych Twarzy, ktoś, kto wydawał się równie stałym elementem świata jak niebo nad głową. Jej babka mówiła, że był już wiekowy, gdy rodziła jej matkę, i że tacy jak on nigdy nie umierają.

Myliła się. Osuguwi zmarł z głodu, ledwo dzień po tym, jak trafili na tę pływającą wyspę, ten… statek. Po prostu położył się, zamknął oczy i przestał oddychać, jakby to, że przekonał plemię, by weszło na pokład, wyczerpało do szczętu jego siły.

Och, jakże była na niego zła. Była tak zła, że chciało jej się przeklinać i płakać jednocześnie. Pragnęła nawrzeszczeć na Osuguwiego za to, że umarł, a nie wiedziała nawet, jakie imię ma wykrzyczeć w ciemność, by po raz ostatni wezwać jego duszę.

Bo żaden znany jej szaman nie używał prawdziwego imienia. Porzucali je, gdy wchodzili na drogę Pasących Duchy, Przewodników Cienistego Świata, Słuchających Kamieni czy innych określeń, którymi obdarzały ich aherskie plemiona żyjące wzdłuż północnego wybrzeża kontynentu. Tańczący z duchami musieli tak robić, gdyż te bywały złośliwe, pamiętliwe i bezlitosne, więc lepiej, gdy po śmierci nie mogły odnaleźć śmiałka, który je spętał i zmusił do służby. A gdy szaman umierał, przybrane imię opadło z niego jak stara skóra i duchy gubiły jego ślad na drodze Wiecznego Kręgu.

Ale przez to żywi nie mogli wykrzyczeć swojego bólu i gniewu.

Dlaczego nas porzuciłeś? Dlaczego teraz odszedłeś? Dlaczego zostaliśmy sami w tym przerażającym miejscu?

Proszę, wróć, pradziadku!

Nie mógł jej usłyszeć, bo nie wołała go prawdziwym imieniem. A prawdziwego imienia nie znał nikt, nawet jej babka.

Bała się jak nigdy w życiu. Bała się tej dziwnej, czarnej i twardej ziemi, na której rozstawiali namioty, bała się świszczącego nieustannie nad głową wichru, drżała na myśl, że ten statek płynie po wodzie jak skórzany kajak, choć coś tak wielkiego i ciężkiego powinno dawno zatonąć. Przerażały ją plotki o potworach mieszkających gdzieś w jego brzuchu, które mogą wyjść nocą i ją pożreć. Borehed, szaman szamanów, mówił, że myśliwi zabiją te potwory, ale ona nie do końca mu wierzyła. Borehed był zza gór, a za górami żyły chore dzieci.

Żeby zabijać bestie, trzeba mieć siłę, a wszyscy łowcy w jej plemieniu wyglądali jak szkielety obciągnięte skórą.

Ona sama ważyła połowę tego, co jesienią.

Ostatni raz jadła… nie pamiętała kiedy.

Wtuliła twarz w rozścielone na deskach focze futro i załkała cicho.

* * *

Dzień był słoneczny i mroźny. Oddech zamieniał się w parę i osadzał szadzią na futrzanym kołnierzu kurtki Altsina. Płynęli powoli na zachód, widząc na bakburcie najwyższe szczyty Loharrów. Wokół rozciągał się bezkres szarozielonego oceanu, z którego znikły już niemal wszystkie kry i góry lodowe. Ciepły prąd morski z południa robił swoje.

Złodziej stanął przy relingu i zerknął wzdłuż rufy w dół, wprost w fale, które z tej wysokości wyglądały na zwodniczo niewielkie, a potem przeniósł wzrok na odległy o pół mili dziób. Wszystkie pokłady przed nim – rufowy, na śródokręciu i dziobowy – wypełniały namioty, w co najmniej trzech stylach budowania: okrągłe, czworokątne i sześciokątne, oraz masa szałasów skleconych z byle czego. Resztki spalonego miasteczka także zostały zasiedlone, a połamane maszty i drewniany częstokół rozbierano, by zbudować prowizoryczne schronienia.

Płynęli na zachód od dobrych dziesięciu dni, powoli, robiąc, jak oceniał, ledwo dwa–trzy węzły. Zatrzymywali się w wielu miejscach, przyjmując wygłodzonych nieszczęśników, tak że po tych dziesięciu dniach na pokładzie znalazło się już prawie pięćdziesiąt tysięcy aherów. Mogło być ich więcej, ale nie wszystkie plemiona, którym zaproponowano pomoc, skorzystały z niej; niektóre odmawiały wprost, z innymi nie udało się nawet porozmawiać, bo na widok czarnego potwora zmierzającego do brzegu porzucały swe obozowiska i uciekały w panice. Niemniej liczba zaokrętowanych tubylców rosła w zastraszającym tempie, a Altsin zastanawiał się coraz częściej, jak miejscowi wodzowie oraz Borehed i pozostali szamani poradzą sobie z taką masą, a co ważniejsze, jak sami aherowie odnajdą się w zupełnie nowych warunkach.

Borehed – ten pokryty paskudnymi bliznami i przerażającymi tatuażami wychudzony pokurcz – był jedynym szamanem, który znośnie posługiwał się meekhem, a przede wszystkim jedynym, który nie unikał towarzystwa złodzieja. Reszta plemiennych czarowników starała się nie zbliżać do niego bardziej niż na sto stóp, jakby wokół człowieka unosił się wyjątkowo nieprzyjemny zapach. To samo dotyczyło tubylców. Altsin podłapał co prawda kilka aherskich języków, niektóre nawet opanował całkiem dobrze, ale niewiele mu to dało; gdy tylko podchodził, aherowie milkli, opuszczali głowy i znikali w namiotach czy szałasach. Zastanawiał się, czy ich szamani mieli z tym coś wspólnego. Potężni, władający duchami czarownicy musieli się czuć bardzo źle w towarzystwie kogoś takiego jak on. Sam, gdy patrzył na linie Mocy, poza świat materialny, widział ich ciała jako skupiska różnych świateł, powiązane wokół centralnego płomienia. Służebne duchy i dusza szamana. Nawet nie próbował zgadywać, jak sam wygląda w ich oczach.

Prawdę mówiąc, ten ostracyzm zaczynał mu działać na nerwy. Nie miał do kogo otworzyć ust, aherowie go ignorowali, Nocna Perła niemal w ogóle się do niego nie odzywała, więc rozmowy z Borehedem stanowiły jego jedyną rozrywkę w czasie podróży. Szaman był wyszczekany, złośliwy i miał wredne poczucie humoru – nie dało się go nie lubić. Przez pierwsze dni większość czasu leżał na noszach, ale ostatnio zaczął kuśtykać po pokładzie, używając najpierw drewnianych kul, a później laski.

On właśnie powiedział mu dzień wcześniej, że gdyby nie rozmiar statku, większość jego braci wpadłaby w panikę. Mimo że od stuleci żyli na wybrzeżu, polowali na nim, zakładali osady, rodzili dzieci i grzebali tam zmarłych, byli ludem kamiennego gruntu, jak to ujął. Znalezienie się tak daleko od brzegu, że ziemia znikała za horyzontem, zawsze okazywało się dla myśliwych katastrofą. Jeśli lód, na którym polowałeś na foki, pękł i zdryfował w nieznane albo gdy straciłeś wiosło i prąd porywał kajak daleko od brzegu, twoje szanse na przeżycie malały niemal do zera. W umysłach aherów otwarty ocean równał się śmierci. Na szczęście ten czarny okręt, bogini-statek, był większy niż niejedna wyspa, tak wielki, że stojąc na śródokręciu, nie widać było nawet powierzchni morza. Na dodatek fale nie mogły nawet odrobinę go rozkołysać, co wzmacniało iluzję stałego lądu pod stopami.

Tutaj plemiona mogły się powoli oswajać z sytuacją.

I próbować przetrwać.

Pod warunkiem, że cały ten plan, który teraz wydawał się Altsinowi głupi, nie doprowadzi wszystkich do śmierci. Pięćdziesiąt tysięcy, może nawet więcej dusz uciekających przed głodem zaokrętowało się na Nocną Perłę, a on raz po raz zastanawiał się, czy nie popełnił przerażającego błędu. I czyj, do cholery, to był pomysł, by lud, który unikał wypuszczania się na pełne morze, umieścić na okręcie? Jego, czy jakiegoś fragmentu Bitewnej Pięści? Jak bardzo Obejmując tego awenderi, przejął arogancję i bezmyślną pewność siebie boga?

Rozpaczliwie potrzebowali jedzenia.

I ta potrzeba skłoniła ich do zejścia pod pokład. Altsin, widząc po raz pierwszy myśliwych uzbrojonych we włócznie z kamiennymi lub kościanymi grotami, spodziewał się, że dojdzie tam do masakry.

Jak się okazało, niepotrzebnie.

Od kilku dni łowcy penetrowali coraz niższe pokłady, odkrywając – zdawałoby się – nieskończony labirynt korytarzy, pokoi, sal, komnat i wielkich hal, mogących pomieścić kilkupiętrową kamienicę. Polowali zawzięcie na kryjące się w mroku bestie, z którymi wcześniej zmierzyli się żołnierze Górskiej Straży, i nie przerażały ich ani ciemności, ani ciasnota części pomieszczeń i korytarzy. To były ludy Północy, przywykłe do długich nocy i zim spędzanych w ciasnych lodowych domach lub ziemiankach. Bez problemu odnaleźli się w labiryncie kajut i chodników pod pokładem czarnego okrętu i szybko nauczyli gnieżdżące się na najniższych poziomach bestie szacunku dla swoich umiejętności.

Potwory były oczywiście liczne i śmiertelnie groźne, miały kły i pazury oraz wykazywały zupełnie niezwierzęcą inteligencję, zwłaszcza gdy działały w stadzie. Lecz było ich mniej niż tysiąc, a dziesiątki tysięcy aherów, którzy od niezliczonych pokoleń polowali na foki, morsy, piżmowoły, północne wilki, a nawet śnieżne niedźwiedzie, bardzo, ale to bardzo potrzebowały jedzenia.

Łowy w brzuchu Nocnej Perły były bezlitosne i zawzięte, lecz ich wynik mógł być tylko jeden.

Złodziej zjadł już kilka kawałków upolowanych bestii, w tym ostatni – wielkości połowy dłoni – dziś rano. Mięso zwierząt miało dziwny, żelazisty posmak, niespotykaną fakturę i było niemal pozbawione tłuszczu. Może smakowałoby lepiej, gdyby je upiec, ale w obecnej sytuacji nie mógł przecież narzekać, i tak dostawał jedną z najlepszych części zdobyczy. Gdy łup wyciągano na pokład, w kilka kwadransów zostawały z niego tylko pazury, kły, pogruchotane kości, i niewiele więcej. Usuwano sierść, aby pokrojoną w cienkie paseczki skórę przeżuwać i łapczywie połykać, łupano kości, by wydobyć z nich każdy kawałek szpiku, oddzielano chrząstki, rozbijano ścięgna na dające się połknąć włókna. Mózg, język, płuca, wnętrzności – nic się nie marnowało. Altsin widział, jak specjalnie zawołano kilka ciężarnych kobiet i poczęstowano je surowymi oczami, które zostały rozcięte i wyssane niczym ostrygi.

— To jest dobre dla dzieci — skomentował tę scenę Borehed. — Rodzą się zdrowe i silne. To rzadki rarytas, więc nawet nie proś mnie o oczy.

Złodziej zerknął na szamana. Sukinsyn miał minę, jakby naprawdę myślał, że Altsin ślini się na widok wysysanych gałek ocznych. Westchnął demonstracyjnie.

— Szkoda. A ja stoję tu przez pół dnia z nadzieją, że może ktoś się zlituje i da mi choć jedno. Choć wolałbym je z odrobiną soli i soku z cytryny.

Uśmiech przeciął wytatuowaną twarz Boreheda na pół. Dolne kły błysnęły oślepiająco.

— Umiesz żartować. Dobrze mieć poczucie humoru. Potrzebujemy go teraz. — Spojrzał w lewo, poważniejąc.

Dwieście kroków za miejscem, gdzie rozbierano tusze, grupka aherów chodziła między leżącymi na pokładzie tłumokami. Było to jedyne miejsce na pokładzie, szerokie na około trzydzieści jardów, gdzie nie rozbijano szałasów. Święta ziemia – swarhe – co Borehed przetłumaczył mu dość swobodnie jako pomrzyki. Na tych deskach kładli się ci, dla których życie dzieci i wnuków znaczyło więcej niż własne. Wiedzieli, że ich śmierć oznacza dodatkowy kęs strawy dla reszty rodziny. Wędrowali tam też ci, którzy nie mieli już sił, woli, albo serca, by żyć, bo przerażało ich to nowe, dziwne miejsce pełne obcych dźwięków i zapachów, postanowili więc uciec z niego w wieczny sen. Po wielu miesiącach głodu zdarzało się, że z całej rodziny zostawała tylko jedna osoba, z duszą rozbitą na kawałki niemożliwe do posklejania. Złodziej widywał na swarhe – wydawałoby się – zdrowych mężczyzn i kobiety, którzy kładli się na deskach i gaśli powoli.

— Ilu dziś? — zapytał, choć wcale nie chciał usłyszeć odpowiedzi.

— Sześćdziesięciu trzech…

Krążące między tłumokami postacie pochyliły się i podniosły jeden z nich, kierując się ku relingowi.

— Sześćdziesięciu czterech — poprawił się Borehed. — Do nocy będzie koło setki. Tak jak wczoraj i przedwczoraj.

— Wiem.

Polowania dostarczały im odrobiny mięsa, ale Altsin wątpił, czy nawet gdyby jednego dnia udało się powalić wszystkie żyjące pod pokładem stwory, byłoby to czymś więcej niż doraźną pomocą. Pięćdziesiąt tysięcy dusz, które teraz tłoczyły się na pokładach, normalnie zajmowały dwieście albo trzysta mil północnego wybrzeża. Potrzebowaliby kilkuset tłustych fok dziennie, by ich wykarmić.

Odwrócił się od Boreheda i odszedł bez pożegnania.

* * *

Spędził całą noc, bijąc się z myślami. Coś musiało się zmienić, i to jak najszybciej. Także jeśli chodzi o samą boginię-statek. Nocna Perła niemal się do nich nie odzywała. Zgodziła się uwolnić dusze Boreheda, zgodziła przyjąć na pokład aherskie plemiona, podpływała do brzegu, gdy ją o to poprosili, ale poza tym ograniczyła kontakty do absolutnego minimum. Zupełnie jakby to, co działo się na pokładzie, nic jej nie obchodziło. Jakby głód, walka z czającymi się pod pokładem potworami i swarhe nic dla niej nie znaczyły.

Jej milczenie było obraźliwe i w pewien sposób niepokojące.

Altsin czuł rosnącą frustrację, coraz bardziej przypominającą gniew. Bogowie… wszyscy byli tacy sami; bezduszne sukinsyny, żerujące na śmierci słabych i bezbronnych, w najlepszym razie tacy, których ta śmierć nic a nic nie obchodziła. Kilka dni temu odkrył, że wejście do czarnej rotundy, gdzie spoczywało pierwotne ciało Nocnej Perły i dwie setki mumii, znikło, zarosło czarnym drewnem. W pierwszym odruchu miał ochotę włamać się do środka, wypalić sobie drogę ogniem i zmierzyć w walce z tą boginią-statkiem. Ale po chwili ochłonął.

Walka byłaby głupotą. Zwłaszcza teraz, z tysiącami aherów gnieżdżących się na pokładzie. I byłaby w jakiś sposób… nie w porządku. W końcu to on wdarł się wcześniej do rotundy, grożąc przemocą, i brutalnie odsłonił ciało dziewczynki, której dusza stała się rdzeniem bogini-statku. Ten akt miał w sobie coś ze świętokradczego naruszenia intymności. Doskonale pamiętał, jak się poczuł, gdy wiedza o historii Niechcianych uderzyła w niego taranem brzydkiej prawdy, jak z całych sił musiał walczyć, by nie wykrzyczeć w niebo swojego gniewu na kłamstwa, którymi karmiono wszystkich od trzydziestu pięciu stuleci, fałsz i obłudę oficjalnej historii świata. Ale to nie było żadne usprawiedliwienie. Nie myślał wtedy o uczuciach Nocnej Perły, więc dlaczego miałby się spodziewać, że ona będzie teraz podzielała jego emocje?

Niemniej to nie mogło tak dłużej wyglądać, bo cały statek zmieni się w pływającą umieralnię.

Oparł łokcie o reling i ukrył twarz w dłoniach. Od wielu dni nie sypiał dobrze. Ten krzyk, który dotarł do niego wiele dni temu, wrzask zwiastujący narodziny nowego bóstwa… Ta część jego wiedzy, która pochodziła od Bitewnej Pięści, mówiła mu, że to przecież niemożliwe, że narzucono światu ograniczenia, by do czegoś takiego nie doszło… Poza tym… uczucie, że świat się zmienił, stał się… brudniejszy, jakby powietrze wypełniło się oleistą mgiełką, z każdym oddechem osadzającą się w płucach. Od południa oddzielały go masywy Ansar Kirreh i Loharrów, ale gdy próbował sięgnąć myślą w tamtą stronę, miał wrażenie, że wpada twarzą w lepką, cuchnącą pajęczynę. Coś się działo, coś wielkiego i paskudnego, a on utkwił tutaj, bo miał poczucie, że nie powinien porzucać tego ludu, skoro obiecał mu szansę na ocalenie i własną boginię.

Decyzja o zaokrętowaniu aherów na statek wydawała się słuszna, ale słuszne decyzje lepiej się sprawdzają, gdy ma się pod ręką jakieś zabezpieczenie na przyszłość, na przykład magazyny pełne jedzenia.

Mimo wszystko coraz częściej kusiło go, żeby stąd uciec.

Usłyszał kroki. Ciężkie szuranie i stukot laski. Borehed.

Szaman dochodził do zdrowia szybciej, niż Altsin się spodziewał, a pewne zawirowania Mocy wokół jego ciała sugerowały, że to ozdrowienie jest wspierane jakąś formą plemiennej magii. Mimo to wyglądał na chudego i wycieńczonego. Przynajmniej stracił już ten nieprzyjemny, woskowaty odcień skóry, przez który wyglądał jak trup.

Szuranie i stukot zbliżyły się na kilka kroków.

— O czym myślisz, wurtgaghew?

Wurtgaghew – dosiadający niedźwiedzia. Wbrew nazwie, nie był to komplement. Aherowie określali tak tych, których uważali za głupców niepotrafiących właściwie ocenić własnych sił i podejmujących się beznadziejnych i szaleńczych działań. Borehed wiedział skądś, że Altsin nosi kawałek duszy boga. Nie wyglądało jednak na to, by świadomość, że staje przed prawdziwym awenderi, robiła na szamanie jakiekolwiek wrażenie. Ba, wydawał się nawet bardziej złośliwy w stosunku do niego niż do innych. Złodziejowi to nie przeszkadzało. Cholera, uwzględniając to, że reszta tubylców unikała go niczym trędowatego, był nawet szczerze wdzięczny za takie traktowanie. To pozwalało mu zachować zdrowy dystans do swojej sytuacji.

— O tym, żeby opuścić moją łódź na wodę i pożeglować w dal — odpowiedział, nie podnosząc głowy.

— O, to tak jak ja. I połowa moich ludzi. A nawet więcej niż połowa. Właściwie to prawie wszyscy.

Altsin wyprostował się i spojrzał na Boreheda.

— Dlaczego tego nie zrobią?

Szaman oparł się o reling i machnął ręką na południe, gdzie powoli przesuwały się ośnieżone skały.

— Widziałeś brzeg? Jest pusty. Cały brzeg wzdłuż Ansar Kirreh i Loharrów. Płyniemy już dziesięć dni i nie widzieliśmy ani jednej foki, żadnego morsa ani pingwina. Żadnej ławicy ryb. Żadnego ptaka. Wieloryba. Północne wybrzeże w tym roku nie wyżywi nawet jednego śnieżnego lisa.

— Pani Lodu…

— Vandhay’yna, którą wy nazywacie Anday’yą, chciała za wszelką cenę zniszczyć ten statek. — Borehed machnął ręką lekceważąco, jakby mówił o złośliwości miejskiej przekupki. — I nie obchodził jej los żadnej z żyjących tu istot. Ani nas, ani naszych braci w futrach i piórach. Naprawdę myślisz, że to pierwszy raz, gdy Północ zastyga w okowach jej oddechu? Takie rzeczy już się zdarzały, trzysta, pięćset i tysiąc lat temu. Gdy stada fok i morsów nie mogły dopłynąć na swoje zwykłe tereny lęgowe, zawracały i kociły się na wyspach na południe od Loharrów. A my wędrowaliśmy za nimi albo przechodziliśmy na drugą stronę gór, do kuzynów.

— Więc czemu nie powędrowaliście tam w tym roku?

Borehed wzruszył ramionami.

— Ludzie. Nasi kuzyni zostali przyparci przez was do grzbietu gór i nie witają już gości z radością. Sami ledwo mogą wyżywić dzieci. A na morzu na południe od Loharrów zamieszkali łupieżcy i morscy zbóje, którzy traktują nas jak zwierzęta.

Altsinowi mignął przed oczyma obraz jednego z Nesbordczyków, stojącego obok oskórowanych zwłok dwóch aherów. Przypomniał sobie słowa: „Patrz. Nie ludzie. Ludzkiego mięsa bym nie tknął, przysięgam, ale oni? Zwierzęta. Zwierzęta się zabija…”.

Potrząsnął głową, żeby odegnać wspomnienie, i spojrzał na szamana. Dziwne, ale we wzroku ahera nie było oskarżenia.

— Powinieneś nas nienawidzić.

Wzruszenie ramionami.

— Wszystkich? A po co? I dlaczego? Ty, wurtgaghew, pomagasz nam, choć nie musisz. Nie znasz nas, a namówiłeś czarną boginię-statek, by spróbowała nam pomóc. A ona się zgodziła, mimo że nie jesteśmy jej ludem. Może w końcu zaniesie nas na wody pełne zdobyczy. A inni ludzie? Są tacy, których nie lubię, byli tacy, których nienawidziłem…

— Byli?

Borehed spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w głęboko osadzonych oczach.

— Już ich pozabijałem, synów zdechłego morsa. I odkryłem, że zabijanie z nienawiścią okrada mnie z satysfakcji, jaką powinna mi dać ich śmierć. Lepiej podrzynać gardła wrogom spokojną ręką. Innych ludzi szanuję. Niewielu, ale jednak. Jak tego rudego porucznika. Spotkałem go już poprzednio, i to nieraz. Dba o swoich, nie oszukuje, jak da słowo, to dotrzyma. Gdyby urodził się wśród nas, byłby dobrym wojownikiem, uczciwym, godnym zaufania. — Złośliwy uśmiech szamana wykrzywił jego tatuaże w prawdziwie przerażające wzory. — Nie zrozum mnie źle, jeśli spotkam go w walce, zabiję bez wahania, ale potem każę sobie wytatuować scenę, jak go zabijam, na plecach albo pod pachą. Uhonoruję go tym.

— Pewnie będzie zachwycony.

— Nie. Będzie martwy. Ale ja będę o nim pamiętał. A gdy mój duch zostanie tu, by służyć radami kolejnym szamanom, to i oni będą o nim pamiętać. A czasem tylko to się liczy.

Słońce świeciło, oddech osadzał im się skrzącym diamentami pyłem na futrzanych kapturach. Aher zamilkł, z poważną miną przyglądając się złodziejowi.

— Właściwie…

Altsin przerwał mu bez zastanowienia:

— Jak zamierzasz mnie tak uhonorować, to wybieram plecy. Pod pachą będzie śmierdzieć.

Borehed otworzył usta, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo statek zadrżał.

Najpierw drżenie objęło poręcz relingu, potem deski, na których stali, po chwili lekko zakołysał się cały pokład.

Pierwszą myślą złodzieja była katastrofa. Podwodna skała prująca właśnie burtę, kadłub walący w górę lodową, niespodziewana płycizna gruchocząca kil.

Po dwóch uderzeniach serca, gdy drżenie nabrało regularności, zrozumiał.

Śmiech.

Nocna Perła śmiała się z tego kiepskiego żartu.

Загрузка...