Rozdział 1

Padało.

Oglal Młodszy siedział z drewnianą tabliczką na kolanach i piórem zastygłym nad kawałkiem pergaminu, z którego tyle razy wywabiano poprzednie teksty, że całą kartę pokrywały szare plamy. Miał sporządzić raport, który zostanie wysłany łodzią do stolicy, ale zupełnie nie wiedział, co napisać. W głowie czuł pustkę wypełnioną jednostajnym szumem.

Padało.

Ciężkie krople uderzały w ziemię, pluskały o kałuże, bębniły o naciągniętą płachtę namiotu.

Cały świat tonął w tych dźwiękach.

Od dwudziestu trzech dni trwała pora deszczowa, w czasie której padało, a zapiski Wielkiej Biblioteki potwierdzały to skrupulatnie, nie krócej niż siedemdziesiąt sześć i nie dłużej niż siedemdziesiąt dziewięć dni, z czego co najmniej czterdzieści dwa dni lało bez przerwy. Przez czterysta dwadzieścia sześć lat, odkąd zaczęto prowadzić regularne badania, nie odnotowano ani jednego odstępstwa od tej reguły. To oznaczało, że miał przed sobą jeszcze pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt dni i nocy spędzonych głównie na wilgotnym posłaniu, w towarzystwie gryzącego robactwa. Na dodatek, ponieważ przy tej pogodzie w obozie rozbitym pośrodku bagnistego rozlewiska żywność psuła się w oczach, czekała go także bliżej nieokreślona liczba posiłków składających się z zawilgoconych sucharów, niezbyt świeżych owoców oraz mięsa, które trzeba było gotować tak długo, by przybrało konsystencję bladej, kleistej papki o mdławym zapachu i smaku.

Uczony zerknął na osiemnaście nacięć zdobiących słupek namiotu. Symbolizowały dni, które spędził tu wraz z małym oddziałem esumi, młodziutkich żołnierzy Rodu Słowika, zwanych Pisklętami lub, nieco pogardliwie, nielotami. Większość skończyła już podstawowe szkolenie, lecz dowództwo uważało, że są zbyt niedoświadczeni, by przydzielać ich do naprawdę ważnych zadań, więc wysłało ich tutaj, na tę dziwną, szarpaną i – jak sądzono – niezbyt ważną „niby-wojnę”. Oglal czuł się między nimi niczym sędziwy starzec, bo dowodzący resztą Ecu Fammeh w stopniu uhuriego, mimo iż był najstarszy, miał ledwo siedemnaście lat.

Byli mu zupełnie obcy.

Obóz rozbili na niewielkim wzgórzu, tuż przy jednym z bezimiennych dopływów Olohy, wężowym ruchem meandrującym przez porośniętą trawą, krzewami i nielicznymi drzewami równinę. Na imię dopływ nie zasługiwał, gdyż poza porą deszczową była to tylko szeroka na kilka jardów i głęboka na stopę struga, płynąca płytkim parowem o porośniętych trawą zboczach. Jednak po rozpoczęciu pory deszczowej strumyk rozrastał się niczym spasiony wąż, niemal co godzinę stając się szerszy i głębszy, tak że po kilku dniach opadów bez trudu mogłyby po nim pływać ciężkie kupieckie statki.

Gdyby było po co, oczywiście.

A dziesięć czy jedenaście dni temu – uczony nie pamiętał już dokładnie – woda wylała się na pobliską równinę, obejmując wzgórze, i znaleźli się na wyspie pośród bagna, z którego gdzieniegdzie sterczały pnie smutnych drzew o oklapniętych koronach. Mogliby stąd obserwować teren na pięć mil wokół, gdyby nie to, że nieustanny deszcz mocno ograniczał widoczność. Przez większość czasu połowa młodych żołnierzy patrolowała więc rozlewisko, pływając wokół obozu w ośmioosobowej łodzi.

Bo takie mieli zadanie.

Rola Oglala ograniczała się zaś do pisania raportów i niewchodzenia innym w drogę. Był najmniej ważny w obozie, co nie raz i nie dwa dano mu odczuć. W końcu to Ecu Fammeh i jego „łobuzy” odwalali tu całą robotę.

Młody Słowik niezmiennie nazywał swoich podkomendnych „łobuzami”, jakby chodziło o bandę wyrostków wałęsających się po handlowej dzielnicy, podkradających owoce ze straganów i podszczypujących dziewczyny po kątach. Z początku Oglal sam tak o nich myślał, zwłaszcza o tych kilku najmłodszych, piętnastoletnich, którzy czasem budzili w nim tkliwość, gdy widział ich w zbyt dużych pancerzach i hełmach.

Ale te uczucia szybko mu minęły, gdy po rozbiciu obozu „nieloty” zaczęły ćwiczyć. A w przerwach między patrolowaniem okolicy młodzi żołnierze ćwiczyli bez wytchnienia, mimo wysysającej siły parnej duchoty i nieustannego deszczu. Trenowali szablami, włóczniami, toporami i ciężkimi sztyletami, uprawiali tuviri – sztukę walki łączącą pięściarstwo z zapasami, kopnięciami i rzutami. A nawet doskonalili strzelanie z łuku, choć o tej porze roku łuki były przecież na nic. Widział jednak codziennie, jak wzmacniali siłę palców i mięśni, stojąc pod rozpiętą płachtą i szyjąc, strzała za strzałą, w kilka worków z mokrą bawełną, ustawionych jeden za drugim. Aby utrwalić nawyk napinania broni z dokładnie taką samą siłą, pociski musiały wbijać się na tę samą głębokość. Jeśli któremuś z młodzików nie powiodła się ta sztuka, kończył dzień, biegając wokół obozowiska z ciężkim pniakiem trzymanym nad głową.

Oglal nie znał się zbyt dobrze ani na szermierce, ani na łucznictwie, ale widział w życiu dość, by odróżnić pozerstwo od prawdziwej sztuki wojennej. A „łobuzy” to przecież żołnierze niewolnicy Rodu Słowika, wojskowa elita Białego Konoweryn. Zostali Wyniesieni do służby jako dzieci, w wieku pięciu, sześciu, najpóźniej siedmiu lat i trafili w młyny ahyr, gdzie wstępne, trwające dekadę szkolenie kończyła niespełna połowa z nich i gdzie dzień w dzień ćwiczyli walkę i wdrażali się do żelaznej dyscypliny, resztę czasu poświęcając na adorację Pana Ognia. Po latach takiego morderczego warunkowania stawali się świętymi wojownikami, gotowymi oddać życie za swego boga i za swoich braci. Niczym więcej i niczym mniej.

Poza tym było w nich coś jeszcze, jakaś ledwo tłumiona ekscytacja, podszyte radością oczekiwanie na prawdziwą walkę. Czasem Oglal miał wrażenie, że otacza go gromada wilczych szczeniąt, chudych, żylastych, nieproporcjonalnie zbudowanych, lecz tryskających dzikim, przerażającym wręcz entuzjazmem drapieżników, czujących, że lada chwila będą mogły posmakować krwi. I wtedy uświadamiał sobie, że ci chłopcy to nie banda wesołych uliczników, lecz bestie trenowane do zabijania, które lata wychowania w religijnym fanatyzmie pozbawiły współczucia, litości i innych ludzkich odruchów.

W takich chwilach przerażali go do szpiku kości.

Co gorsza, chyba zaczynał chorować. Tracił apetyt; coraz częściej oddawał swoją porcję tego tak zwanego gulaszu jednemu z esumi i szedł do siebie, głodny i wstrząsany dreszczami. Młodzi żołnierze przyjmowali ten podarunek bez słowa i dzielili równo między siebie. Na dwadzieścia dwie miski. Nie dziękowali mu, w Rodach Wojny nie uczono takich rzeczy, jak jawne okazywanie wdzięczności, no i w końcu on był tylko starym sadu une – liżącym papier, jak pogardliwie nazywali wszystkich urzędników. Ale odkąd zaczął tak robić, znajdował jakby mniej robactwa na posłaniu, a czasem dostawał na kolację kilka dodatkowych sucharów i garść owoców ponad przydział.

Ecu Fammeh traktował go jak psa, czyli całkiem znośnie. Po prostu karmił, poił i pilnował, by bibliotekarz nie plątał się przy brzegu, gdzie polowały drapieżne gady. Niektóre miały kilkanaście stóp długości i mogły w mgnieniu oka wciągnąć człowieka pod wodę. Słowik wiedział, że Oglal dostał zadanie od samej Wybranki Ognia, więc nie może mu się przydarzyć żaden wypadek, ale chyba podświadomie obwiniał go o to, że od wielu dni musi siedzieć nad brzegiem tej bagnistej rzeki bez nazwy, zamiast ćwiczyć w ahyrach, przygotowując się do kolejnych chwalebnych bitew z buntownikami.

Pióro zadrżało i musnęło pergamin, zostawiając kroplę atramentu. Bibliotekarz starł ją szybkim ruchem, nie bacząc, że plami rękaw, a na karcie pojawiła się kolejna szara smuga, po czym westchnął i odłożył przybory do pisania. I tak najbliższa łódź pojawi się nie wcześniej niż wieczorem, a jego raport będzie wyglądał tak samo jak poprzednie.

Nic się nie dzieje. Deszcz wciąż pada. Nie zaobserwowano żadnych ruchów wrogich sił. Z góry leci woda. Przyślijcie więcej suchego drewna. Wszędzie leje. Dżungla jest coraz zieleńsza. Deszcz nawiedza nas nieustannie. Nic się nie dzieje. Poza tym, że niebo płacze.

Wszystko to było prawdą. Mimo że siedzieli tu już tak długo i regularnie patrolowali swój kawałek bagniska, ani razu nie napotkali buntowników. Dni zaczęły zlewać się Oglalowi w jednolitą, wypełnioną szumem deszczu, monotonną otchłań. Czuł, jakby ta otchłań pożerała go od środka; jego umysł, karmiony od dziecka niezliczoną liczbą ksiąg, poematów, rozpraw i traktatów filozoficznych z całego świata, ćwiczony do dyskusji z najtęższymi głowami Wielkiej Biblioteki, usychał. Oglal miał więc coraz większą ochotę wysłać raport zapełniony takimi banałami, słowami bez znaczenia i większego sensu, byle tylko ktoś w stolicy zwrócił uwagę na jego los albo choć poczuł się zirytowany bezczelnością uczonego, który utkwił na zapomnianym przez bogów posterunku i liczył upływające dni.

Podejrzewał jednak – i to chyba było najgorsze – że i tak nikt by się nie przejął jego narzekaniem i zakamuflowanym wołaniem o łaskę. Dwie trzecie urzędników Wielkiej Biblioteki znalazło się w takiej sytuacji jak on – po nieszczęsnej bitwie z buntownikami Czarnego Kahelle, armia Konoweryn cierpiała na rozpaczliwy niedostatek ludzi umiejących pisać. Z oddziałów Rodów Wojny wróciła zaledwie jedna trzecia żołnierzy. Jedna trzecia! Nigdy w historii księstwa armia nie poniosła takich strat. Ale nie to było najgorsze. Zarówno Słowiki, jak i Bawoły uczyły posługiwania się pismem tylko oficerów. Od stopnia ehendara – dowodzącego minimum sześćdziesięcioma żołnierzami – w górę. Reszta nie zawracała sobie głowy takimi głupotami. W końcu żołnierze mieli się przede wszystkim bić, a nie studiować poezję.

A z korpusu oficerskiego Słowików wrócił jeden na dwunastu dowódców.

U Bawołów było jeszcze gorzej.

Oglal, siedząc w wejściu do namiotu i obserwując ścianę wody lejącą się z nieba, po raz kolejny zastanowił się, czy tak duże straty wśród kadry to dowód jej niesłychanego bohaterstwa, czy też potwornej głupoty i błędów w szkoleniu armii Konoweryn.

Tak naprawdę były to jałowe myśli kogoś, kto został wyrwany z suchego i ciepłego świata ksiąg, pergaminów oraz wiekowych woluminów i porzucony pośród bagien.

Zachciało mu się płakać.

Po tej cholernej bitwie, w czasie której objawiła się nowa potęga, nazwana przez żołnierzy Krwawnicą, kapłani Agara we wszystkich księstwach Dalekiego Południa ogłosili, że Krwawnica jest demonem. Bytem spoza Mroku, który najechał na święte ziemie Pana Ognia, ciemne siły niczego bowiem tak nie nienawidzą, jak ciepła, światła i blasku Wiecznych Płomieni. To ona stała za głupim powstaniem niewolników, zwiodła ich i pchnęła do niewyobrażalnych okrucieństw, by zniszczyć Święte Miasto i Najczcigodniejszą Wybrankę Pana Ognia.

To na prośbę Wybranej sam Agar stanął przeciw demonicy w bitwie i odepchnął jej armię tchnieniem świętego ognia. Jednak bogowie złożyli kiedyś przysięgę, że nie będą znów chodzić między śmiertelnikami, gdyż ich Moc mogłaby zniszczyć świat, więc to na barkach jego wiernych wyznawców spoczął obowiązek dobicia rannej bestii.

Takie właśnie orędzia wygłaszano bez przerwy we wszystkich świątyniach, na miejskich rynkach i w każdej wiosce większej niż kilka chat.

Białe Konoweryn nie tłumiło już powstania niewolników.

Nadszedł czas świętej wojny.

Armia zbierała siły. Armia potrzebowała informacji. Armia cierpiała na niedostatek ludzi, którzy mogliby sporządzać raporty, a szkolenie nowych oficerów szło zbyt wolno. Postanowiono więc sięgnąć po tych, którzy potrafili czytać i pisać, a nie mieli żadnych innych umiejętności przydatnych dla kraju szykującego się do morderczej batalii przeciw buntownikom i ich demonicznej władczyni.

Czyli takich nieszczęśników jak on.

A w czasie świętej wojny nawet osławiona neutralność Wielkiej Biblioteki musiała zostać odłożona na półkę. Jej uczeni, urzędnicy i kopiści, do tej pory zwolnieni z wszelkich powinności wobec państwa, trafili do oddziałów wojskowych rozrzuconych po niewielkich posterunkach wzdłuż różnych rzek i rzeczułek w środkowej części kraju, by sporządzać i wysyłać do stolicy raporty o ruchach wroga. Raporty, których – jak podejrzewał Oglal – zapewne nikt nie czytał, bo przecież tylko głupiec uważałby za istotne informacje o jakichś nic nieznaczących potyczkach pośród bagien.

Och, na wszystkich Nieśmiertelnych! Umiał mówić, pisać i czytać w pięciu językach, potrafił kaligrafować w sześciu różnych stylach, iluminować książki, sporządzać tuzin rodzajów inkaustu, w tym trzy odporne na wodę i dwa sympatyczne, po kilku wersach odróżniał poezję północnogeghijską od południowogeghijskiej. A nawet – jako jeden z nielicznych bibliotekarzy – znał historię i zwyczaje Issaram, którzy obdarowali Białe Konoweryn dzikuską na tronie. I tkwił tutaj! W obozie składającym się z czterech namiotów i rozpiętej na kilku słupach płachty, na wysepce, która powstała tylko dlatego, że bezimienny strumień opił się za dużo deszczówki, w towarzystwie dwudziestu dwóch słowiczych „nielotów”, nienawidzących swojego zadania równie mocno jak on.

Gdyby zamiast studiować historię, nauczył się opierzać strzały albo szyć buty, siedziałby teraz w domu z żoną i dziećmi, pijąc wino i śmiejąc się z uczonych głupców moknących na bagnach.

Bo ta wojna, święta czy nie, była inna od wszystkich toczonych na Dalekim Południu od stuleci.

Normalnie pora deszczowa była czasem zawieszenia wszelkich działań. Gdy przychodziła, centralne ziemie Konoweryn, wschodnia Kambehia, północne Wahesi i większość Geghii Północnego stawały się nieprzejezdne. Pola uprawne i łąki nasiąkały wodą do tego stopnia, że człowiek zapadał się w rozmokłą ziemię po kolana. Lasy, nawet te okiełznane przez ludzi, piły wilgoć i rosły jak szalone. Drogi między miastami zamieniały się w wąskie groble otoczone grząskimi terenami, prace rolne zamierały, towary produkowane przez rzemieślników zapełniały magazyny w miastach, a karawany kupieckie czekały na lepszy czas, by znów wyruszyć. Armia najeżdżająca sąsiedni kraj nie miałaby gdzie rozbić obozu, nie potrafiłaby się pozbyć wilgoci z ubrań, sprzętu i żywności ani rozpalić ognia. Zdobycie lub dostarczenie wojsku zaopatrzenia stawało się koszmarem. Kawaleria i słonie grzęzły, ziemne szańce zmieniały się w sterty błocka. Dowolny teren można było utrzymać niewielkimi siłami, po czym wystarczyło tylko siedzieć i patrzeć, jak dyzenteria i dur zbierają śmiertelne żniwo wśród napastników.

I dlatego Deana d’Kllean, za radą ocalałych oficerów, postanowiła przeczekać porę deszczów, by dopiero po niej uderzyć na zachód i dobić Krwawnicę. Liczono na to, że straty, jakie poniosła armia niewolników w wyniku gniewu Pana Ognia, nie pozwolą jej odzyskać sił, a nadchodzące ulewy dodatkowo zdziesiątkują buntowników głodem i chorobami.

Zresztą Wybrana nie miała wielkiego wyboru – wojska nie wyciąga się z sakwy na zawołanie. Białe Konoweryn potrzebowało czasu na uzupełnienie sił, reorganizację i zawarcie nowych sojuszy. Oglal z nostalgią wspominał gorące dyskusje, jakie toczył z innymi bibliotekarzami od chwili, gdy Wybrana wyszła z Oka. Był w końcu – jak jego ojciec Oglal z Fyz – znawcą Issaram, więc każda jego opinia o sposobie myślenia Deany d’Kllean stawała się niepodważalną prawdą. W tych wspaniałych dniach kontaktowali się z nim nie tylko inni uczeni, ale także arystokraci, ważni członkowie cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich, magowie i kapłani, a nawet ambasadorzy sąsiednich księstw.

Przez prawie dwa miesiące upajał się swoją nagłą ważnością.

Lecz nawet on nie potrafił przewidzieć, że rozkaz z pałacu wyśle go i większość jego kolegów wprost na pierwszą linię tej dziwacznej nowej wojny.

Bo Krwawnica zmieniła reguły prowadzenia walk w porze deszczowej.

A wszystko zaczęło się od Pomwe, głupiego Pomwe, które najpierw wymordowało swoich niewolników, a potem weszło w niezwykły sojusz z niedobitkami Geghijczyków pod dowództwem księcia Hantara Sehrawina. Po bitwie z Krwawym Kahelle, objawieniu się demonicy i interwencji Agara resztki armii niewolników wycofały się spod miasta, uciekając do dżungli. Hantar Sehrawin natychmiast wraz ze swoimi żołnierzami pomaszerował do Białego Konoweryn, gdzie padł do stóp Deany d’Kllean, żebrząc o łaskę. Miał powody do strachu, bo jak donosili szpiedzy, jego stryjeczny brat zbierał siły i szykował się do przejęcia władzy w Geghii Północnym.

Wybrana pozwoliła mu wynająć statki i popłynąć do domu, wkrótce też nadeszły wieści, że całe tamtejsze księstwo dzieli się na frakcje i szykuje do bratobójczej walki. Panowało powszechne przekonanie, że bunt został zdławiony, a Konoweryn musi tylko pozamiatać we własnym domu, więc można wrócić do wspaniałej tradycji wbijania sobie noży w plecy i wskakiwania na lepiące się od krwi trony.

A potem gruchnęła wieść, że Pomwe padło.

Przynieśli ją kupcy, którym udało się w ostatniej chwili uciec rzeką. Ich opowieść była jednak tak dziwna, że początkowo uznano ją za kłamstwo.

Według relacji uciekinierów, po doprowadzeniu ulic do porządku, otwarciu portu i wznowieniu handlu urządzono w mieście kilkudniowe święto, by uczcić zarówno koniec oblężenia, jak i odejście geghijskich sojuszników, za którymi nikt nie przepadał. Poza tym, jak mówili złośliwi, tamtejsza Rada Miasta chciała uspokoić nie tylko biedotę, ale także cechy rzemieślnicze, które poniosły duże straty w czasie walk.

Wino lało się więc strumieniami, pieczono góry mięs, tańczono, śmiano się, płakano, dziękowano Panu Ognia i urządzano urągające wszelkiej przyzwoitości orgie. Miasto zmywało z siebie strach i obezwładniające przerażenie, które towarzyszyło mieszkańcom w czasie oblężenia, zniknął wreszcie lęk przed zemstą za tysiące wymordowanych na początku rebelii niewolnych.

A wtedy, trzeciego dnia pijaństwa, o świcie niespodziewanie zadęły rogi i zadudniły gongi. Buntownicy wrócili! Z dżungli wyłoniły się oddziały niewolników liczne niczym armia leśnych mrówek, i z marszu uderzyły na mury. Atakujący biegli przed siebie z drabinami i linami, jakby brali udział w jakimś wyścigu, i nieważne, ilu padło od strzał, reszta parła naprzód. Zresztą łuczników na blankach i wieżach było niewielu, bo większość kontyngentu Bawołów znalazła się bez pancerzy i broni w tłumie świętującym zwycięstwo. Zanim zdążyli dotrzeć do zbrojowni, drabiny i haki stuknęły o blanki i rozpoczął się szturm.

Pomwe ogarnął chaos. Pijany tłum miotał się na wszystkie strony, korkując ulice, tratując się w panice, rozwalając stragany i wzniecając pożary. Prawda wyglądała tak, że miasto upadło, zanim zdobyto jego mury i otwarto bramy.

Ani wojownicy Rodu Wojny, ani ci z mieszkańców, którzy sięgnęli po broń, nie zdołali zatrzymać ataku, bo niewolnicy w jednej chwili uderzyli na całej długości obwarowań. A walczyli jak szaleńcy. Nieważne, ile dłoni odrąbano i ile głów rozwalono, wciąż szturmowali. Aż w końcu cienka linia obrońców załamała się i buntownicy wtargnęli na ulice.

Ale nie zabijali. Brali żywcem mężczyzn, kobiety, dzieci, a nawet próbujące walczyć aż do śmierci Bawoły.

W chwili gdy masa atakujących przelała się nad blankami, kilka kupieckich statków próbowało uciec. Tylko jednej barce się to udało, reszta albo nie zdołała odbić od brzegu, albo poszła na dno, zatopiona przez spanikowany tłum.

Informacje te wstrząsnęły najpierw władzami Nowego Nurotu, a potem stolicy. By je potwierdzić, wysłano natychmiast trzy szybkie statki patrolowe obsadzone przez pełny brytah Bawołów, chcąc zdążyć przed nadejściem deszczów. Wróciły na kilka dni przed pierwszymi opadami, przywożąc niepokojące wieści i ostatniego uciekiniera z Pomwe.

Nie zdołali dotrzeć w pobliże miasta. Dwadzieścia pięć mil przed nim rzekę przegrodzono rzędami pali wbitych w dno, między którymi powiązano łodzie i tratwy. Gdy Bawoły podpłynęły do tego prymitywnego mostu pontonowego, zaroiło się na nim od buntowników, a konowerskie statki zasypano strzałami, kamieniami i garnkami z płonącą smołą.

Pierwszy okręt, który spróbował staranować przeszkodę, rozdarł kadłub i w kilka chwil poszedł na dno.

Pozostałe zawróciły.

W drodze powrotnej znaleźli dryfującego na stercie szczątków młodego mężczyznę, który ledwo dawał znaki życia.

Nazywał się Eluwanor Achonoh i mimo tak wymyślnego imienia okazał się zwykłym czeladnikiem garbarskim z Pomwe. Ukrywając się pod stertą śmierdzących skór, przeżył zdobycie miasta i to, co nastąpiło później. Jego opowieść uznano wpierw za objawy szaleństwa. Według garbarza wszystkich mieszkańców miasta spętano i już w godzinę po ustaniu oporu zaczął się ponury rytuał. Więźniów zaciągano na rynek, na mniejsze place, a nawet na skrzyżowania szerszych ulic, gdzie w koszach z płonącymi węglami nagrzewały się niewolnicze obroże brudnych. Związanych Pomweńczyków rzucano na kolana i na kilka chwil zakładano im na szyje rozżarzone do czerwoności żelazo. Wycia, jęki, płacze i błagania o litość wypełniały ulice, a swąd przypalanej skóry unosił się w powietrzu przez wiele godzin.

Później poparzonych zabierano na bok, gdzie siadali na ziemi, ogarnięci dziwną obojętnością, wpatrując się w bruk szklanym wzrokiem.

Trzeciego dnia – zaklinał się Eluwanor Achonoh – część z nich brała udział w chwytaniu i piętnowaniu reszty mieszczan. Przysięgał też, że widział nawet Bawoły w pełnym uzbrojeniu spacerujące po ulicach i pomagające w wyłapywaniu resztek ukrywających się mieszkańców.

Nie nosili już więzów i swobodnie poruszali się między niewolnikami.

Młody rzemieślnik uciekł po kilku dniach ukrywania się, gdy według jego zeznań, niemal wszyscy Pomweńczycy zostali już oznaczeni gorącym żelazem. Nocą dotarł do rzeki i ryzykując życie w paszczach wodnych gadów, ruszył wpław na drugi brzeg. Wiele dni wędrował wzdłuż koryta, żywiąc się byle czym i kryjąc na każdy podejrzany szelest, aż wreszcie trafił na porzuconą łódź. Próbował nią popłynąć, lecz utknął na zaporze przegradzającej Tos. Obszedł ją brzegiem i kilka mil poniżej zbudował z powiązanych lianami kawałków drewna prymitywną tratwę, którą ruszył dalej, zdając się na prąd i łaskę Agara.

Stracił wszystkie siły i całą nadzieję, gdy dostrzeżono go ze statków z Konoweryn.

Opowieść uciekiniera wzbudziła zrozumiałe zdumienie i niedowierzanie. Oglal zapoznał się z nią, bo Wielkiej Bibliotece nakazano poszukiwanie w starych pismach wyjaśnienia wydarzeń z Pomwe. Po wnikliwych badaniach wszyscy zgodnie orzekli, że garbarz albo fantazjuje, albo oszalał.

Bibliotekarz znów wrócił do tych dni, które spędził w stolicy, otoczony sławą i szacunkiem należnym uczonemu.

Wszystko to dobiegło końca, gdy Krwawnica uderzyła ponownie.

Загрузка...