Rozdział 17

Pułkownik Mynhal Konwec uniósł głowę, przetarł oczy, przeciągnął się i ziewnął. Kilka dokumentów z kwatermistrzostwa przykleiło mu się do twarzy; ściągnął je gniewnym ruchem. Cholera, znów zasnął przy biurku, nad papierami.

Dziewiętnasty ledwo się wyrabiał, próbując jednocześnie zabezpieczyć najważniejsze szlaki handlowe, bronić miasteczek i wsi, które nie miały murów ani nawet zwykłego częstokołu, i polować na bandy w górach. Stracili już jedną czwartą stanu, większość co prawda stanowili ranni i chorzy wypełniający garnizonowy szpital, ale z punktu widzenia dowódcy, chory żołnierz jest tak samo nieprzydatny jak martwy. Albo i bardziej, bo trzeba mu zapewnić opiekę.

Brakowało im sił.

Chmury przestały już brukać ziemię brudnym śniegiem, ale sytuacja nie ulegnie zmianie, jeśli nie przyjdą deszcze, które zmyją ten cholerny pył z pastwisk i pól, umożliwiając wypas stad i wzrost oziminy. Zresztą na to też mogło być za późno, istniało spore zagrożenie, że większość zbóż zgniła już w ziemi. Jeśli nie nadejdzie pomoc, wschodnie prowincje położone między Małym a Wielkim Grzbietem czekała klęska nieurodzaju i prawdziwy głodowy pomór.

Część runnych owiec i kóz już poszła pod nóż, ale z powodu zapaści w handlu i braku soli mięso trzeba było zjadać niemal od razu.

W chwili gdy Mynhal Konwec z zamkniętymi oczyma masował nasadę nosa, ktoś zapukał dwa razy w drzwi i bez zaproszenia wszedł do środka.

— Obudziłem, pułkowniku?

Tylko jedna osoba mogła sobie pozwolić na taką impertynencję – starszy kapitan Eglar Malareh, jego zastępca i najbardziej zaufany oficer. Obaj od dobrych sześciu lat zajmowali się – jak Eglar lubił powtarzać – kuglarskim cyrkiem zwanym Dziewiętnastym Pułkiem Górskiej Straży. Konwec otworzył oczy i posłał mu zmęczony uśmiech.

— Nie, już nie śpię. Raporty?

— Dwa z terenu, jeden specjalny.

Pułkownik Konwec wyprostował się na krześle. Senność przeszła mu, jakby wskoczył do przerębla wykutego w rzece.

Czekał na raport specjalny od wielu dni. Odkąd kazali mu odesłać Szóstą Kompanię Szóstego Pułku do zamku Langre, a komendant więzienia, ten szalony skurwiel, odmówił oddania zwykłych żołnierzy z powrotem pod opiekę Górskiej Straży. Sprawa cuchnęła na milę. Mynhal Konwec niemal od samego początku miał wątpliwości co do winy tych chłopców, zarzuty dezercji i zdrady brzmiały idiotycznie wobec tego, że Szóstki nie próbowały się ukrywać, tylko same szukały kontaktu z armią. Ich dowódca uraczył go też najdziwniejszą, najbardziej szaloną opowieścią o czarnym okręcie wielkości miasta, który porwał kompanię i przewiózł na pokładzie setki mil na wschód. Jeśli Mynhal znał się na ludziach, a pochlebiał sobie, że tak jest, rudy porucznik mówił prawdę. Może niecałą, coś najwyraźniej zatrzymał dla siebie, uznając zapewne, że niektóre części tej historii są absolutnie nie do uwierzenia, ale opowieść o okręcie była prawdziwa. Poza tym kilku chłopaków z Szóstej Kompanii, których pułkownik kazał upić i podpytać, potwierdziło ją słowo w słowo.

Zresztą, dlaczego nie miałaby być? Uroczyska pękały, rzygając w niebo trującym pyłem i wypluwając z siebie hordy bestii, magia zaczynała zawodzić, a wiosna nie zamierzała przyjść.

Wobec tego wszystkiego gigantyczne, czarne okręty wcale nie wyglądały niewiarygodnie.

Coś też nie pasowało mu w nakazie aresztowania żołnierzy z Belenden. Czerwone Szóstki to nie byle zbieranina włócząca się po górach, było o nich głośno, jeszcze zanim przeprowadzili Wozaków przez Olekady. Oskarżenie o zdradę kompanii, która przez ostatnie lata każdego dnia udowadniała lojalność i wierność przysiędze, naprawdę brzydko śmierdziało. Cuchnęło intrygami Szczurzej Nory, może jakąś osobistą niechęcią albo próbą ukrycia czegoś przez Wywiad Wewnętrzny. Nie podobało mu się to, Górska Straż nie lubiła Szczurów, z wzajemnością zresztą. Ze względu na strukturę oddziałów, rekrutowanych z miejscowych górali, gdzie każdy był czyimś krewnym lub powinowatym, szpiegom nie udawało się umieszczać agentów w małych, działających samodzielnie kompaniach. Strasznie ich to denerwowało. Z drugiej strony, górale szczególnie nie lubili kapusiów. Bo też ich strasznie denerwowali. Ta wzajemna niechęć nawarstwiała się od lat, dając w końcu… co? Próbę sił? Ostrzeżenie? Jeśli oddział taki jak Szósta Kompania Szóstego Pułku może zostać oskarżony o zdradę i zniknąć w więzieniu, to Szczurza Nora może zniszczyć każdego.

Konwec uruchomił wszystkie swoje kontakty w armii, nie tylko w Górskiej Straży, ale też wśród oficerów regularnej piechoty, by znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego Szóstki wylądowały w więzieniu. Nieoficjalne śledztwo nie przyniosło jakichś przełomowych rezultatów. Potwierdzono tylko, że rozkaz aresztowania Szóstej Kompanii pochodził ze stolicy i został wydany przez samego Gentrella-kan-Owara, Trzeciego Szczura. Czego tak ważna persona chciała od porucznika lyw-Darawyta i jego dziesiętników, tego nie wiedział nikt. I nikt nie wiedział także, dlaczego – mimo że informację o aresztowaniu podejrzanych natychmiast przesłano na południe – wciąż nie było odpowiedzi. Nie dotarła? Zignorowano ją? Utonęła w oceanie biurokracji? Wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że stała się nieistotna?

Musiał coś z tym zrobić. To jego pułk przejął Szóstą i przekazał Norze. Jeśli do Dziewiętnastego przyklei się łatka żałosnych przydupasów, wydających innych żołnierzy w szczurze łapki, pozostałe pułki Górskiej Straży odwrócą się od niego.

No i, co tu kryć, był góralem i Szczury strasznie go denerwowały.

Dlatego dziesięć dni temu kazał Malarehowi sporządzić raport specjalny. Czyli używając kontaktów, sprawdzić, jak się mają sprawy z Czerwonymi Szóstkami. Remonem Oltec i całość kadry w zamku Langre była Szczurami, a strażnicy więzienni to w większości zbiry wyciągnięte katowi spod topora, ale kilku z nich było miejscowymi. A to znaczyło, że każdy z nich, jak powiadano, był kuzynem szwagra czyjejś ciotki. Mynhal Konwec kazał znaleźć swojemu zastępcy kogoś zaufanego, albo chociaż przekupnego, i zasięgnąć informacji.

— No, gadaj. — Spojrzał na starszego kapitana i nagle ogarnęły go niedobre przeczucia. Eglar Malareh miał paskudną minę. — Aż tak źle?

— Gorzej. — Zastępca podał mu kartkę. — Wszystko jest tutaj.

Raport składał się z krótkich, prostych zdań. Żadnych ozdobników, żadnego kręcenia. Pułkownik przeczytał, położył na blacie kartkę zapisaną stroną w dół, jakby chciał odgrodzić się od tego, z czym właśnie się zapoznał.

— Pięciu martwych strażników — powiedział cicho. — Reszta, zakuta w kajdany, ciągnie głazy jak zwierzęta. Głodzą ich i biją. Porucznik Straży w dziurze wykutej w skale. I to wszystko bez sądu? Twój człowiek…

— To zwykły rozbójnik, któremu skrócili wyrok w zamian za pięć lat służby. Ale jest stąd, ma nawet krewnych w Trzeciej Kompanii. No i po co miałby zmyślać?

— Żebym uderzył na zamek, a Nora miała pretekst do…

Przerwał, uderzony absurdem tej myśli.

— No właśnie. Do czego, panie pułkowniku? Teraz? Mało Szczury mają problemów? Jak tak dalej pójdzie — Eglar wskazał za okno — to za miesiąc albo dwa głodne chłopstwo zacznie się buntować. I to nie tylko u nas. Po co mieliby prowokować Straż? Ostatnie plotki mówią, że w prowincjach, gdzie są wielkie Uroczyska, jest tak źle, że w stolicy rozważają wyniesienie Płonącego Drzewa.

Konwec drgnął, zaskoczony. Wyniesienie Płonącego Drzewa – ze wszystkich świątyń wychodzili kapłani i kapłanki niosący zapalone gałęzie, symbol wojny powszechnej. Ostatni raz takie procesje przeszły przez Imperium ponad ćwierć wieku temu, w chwili, gdy koczownicy łupili całą Północ. Oznaczało to powszechne wezwanie do broni, ograniczenie praw miasta, cechów i gildii, amnestię dla każdego, kto zaciągnie się do obrony kraju, i dodatkowe podatki na wojnę z bezlitosnym wrogiem. Dodatkowe podatki. Teraz, gdy ludzie zabijają i zjadają najcenniejsze zwierzęta, a wkrótce zaczną zabijać tych, którzy mają kawałek chleba. Jeśli cesarz, albo kto tam w tej chwili rządzi w Meekhanie, zrobi coś takiego, bunt będzie pewny.

— To ten suczy syn Oltec, prawda? — Więzienie Szczurów otaczała zła sława, ale jego komendant miał o wiele gorszą. — Poczuł, że nikt mu nie patrzy na ręce, więc robi, co chce. Zasłania się regulaminami i zabija. Mam rację?

— Ma pan, panie pułkowniku.

Dowódca Dziewiętnastego zmiął kartkę, z której krzyczały do niego bezlitosne, krótkie zdania.

— Ile jeszcze wytrzymają? Zanim spróbują się stamtąd wyrwać i zostaną zmasakrowani?

W tej chwili coś się zmieniło. Po raz pierwszy od miesiąca powiał zachodni wiatr, chmury na niebie zakłębiły się, zakotłowały i odsłoniły kawałek błękitu. Słońce błysnęło, a jego szeroki promień wpadł przez okno i liznął posadzkę.

— Nie wiem — powiedział Eglar Malareh. A potem rzucił, patrząc na przejaśniające się niebo — ale czy naprawdę myśli pan, panie pułkowniku, że to oni zostaną zmasakrowani?

* * *

Śnieg przestał w końcu padać, słońce zaczęło ogrzewać ziemię, topiąc brudne zaspy, które spływały szarymi strugami do kanału. Lodowa kasza na wodzie znikła i barki zaczęły znów odbierać towar, na okrągło kursując między przystanią w kamieniołomie a Sersią, rzeką, którą potężne bloki płynęły dalej w świat.

A żołnierze Szóstej czekali. Oraz obserwowali, notowali w myślach i wyciągali wnioski. Wszystko z pokornie schylonymi głowami, milcząc, unikając kontaktu wzrokowego i wytężając się ponad siły, by nie obcięto im racji. Przyczaili się w sposób, który dla postronnego obserwatora mógł wyglądać na poddanie się, rezygnację i uległość.

Kenneth podtrzymywał tę iluzję, co dwa, trzy dni zgłaszając się do Olteca z jakąś prośbą – o czyste bandaże, dodatkowe racje żywności, zwolnienie najciężej chorych z pracy, czasem nawet ze skargą na któregoś ze strażników. Komendant zawsze przyjmował go w porze kolacji, dręcząc zapachami tłustych mięs, i zawsze uprzejmie wspominając w co drugim zdaniu regulamin, odrzucał jego supliki i skargi. Porucznika to nie obchodziło, nie przychodził tu w nadziei na to, że cokolwiek dostanie. Wiedział, że to taka gra, a Remonem Oltec napawa się każdą chwilą, gdy widzi przed sobą złamanego oficera błagającego o coś dla swoich ludzi. Wiedział też, że ten sukinsyn zacząłby coś podejrzewać, gdyby ich spotkania się urwały. Więc grał, czasem prosząc o coś cichym głosem, a czasem gniewnie wykrzykując oskarżenia. Domagał się nawet natychmiastowego wszczęcia procesu, prawa do udowodnienia swojej niewinności i oczyszczenia imienia. Wiedział, że nic z tego nie będzie, ale potrzebował pretekstu do odwiedzania zamku.

Potrzebował szczegółowych informacji o liczebności, uzbrojeniu i wyszkoleniu załogi warowni.

Z dwudziestu trzech ludzi, którzy na stałe stacjonowali na górze, dziesiątka była inna niż zbiry pilnujące więźniów. Przede wszystkim ludzie ci nigdy nie schodzili do kamieniołomu, towarzysząc komendantowi dzień i noc. Nosili się lepiej, czyściej i bardziej schludnie, poruszali inaczej, z pewną lekkością i swobodą żołnierzy obeznanych z bronią w stopniu, w którym nie była ona tylko kawałkiem żelaza do dźgania bliźnich. Po kilku wizytach rozpoznawał już wszystkie twarze, zazwyczaj gładko ogolone albo o starannie utrzymanych brodach. W przypadku jednej osoby z tej dziesiątki miał podejrzenie, że jest kobietą, choć ubierała się i zachowywała jak mężczyzna. Jeśli nie była kochanką komendanta, a nic na to nie wskazywało, to musiała być wyszkoloną zabójczynią lub bojowym magiem. Istniała jedna organizacja, która zatrudniała kobiety do takich zadań i były to bojowe drużyny Szczurzej Nory. Więc ta dziesiątka była najpewniej elitarną strażą przyboczną Remonema Olteca, jedyną siłą, która była naprawdę groźna w zamku Langre.

Kenneth dowiedział się, że przybyli tu niespełna trzy miesiące temu i szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, co ci ludzie mogą robić w zamku. Zawodowi zabójcy, jak oni, rzadko dostawali służbę w takich miejscach. Niezależnie jednak od wszystkiego, Szósta Kompania musiała się zająć tą dziesiątką z odpowiednim respektem, gdyż najpewniej byli więcej warci niż reszta ludzi Olteca razem wzięta.

Bo było jasne, że Szczurza Nora korzysta w tym więzieniu ze zbirów najgorszego sortu. Taka nudna, monotonna i degenerująca robota w sam raz nadawała się dla najróżniejszych drobnych złodziei, oszustów i bandytów, którym skracano wyroki w zamian za zaciągnięcie się do służby. A gdy tu trafiali, gdy dostawali własny pancerz, hełm i bat, większość wpadała w zachwyt, uważając, że złapali któreś z bóstw za skraj szaty. Otrzymywali trzy sute posiłki dziennie i mogli walić pałkami, haratać plecy batogami, odmawiać ludziom jedzenia i wody, a nawet – od czasu do czasu – zatłuc sobie kogoś na śmierć. Czyli mieli coś, czego żaden z nich nigdy nie doświadczył – władzę. Władzę absolutną, którą upijali się jak najmocniejszą gorzałką. I jeszcze im za to płacono. Jeśli nie przesadzili, doprowadzając do załamania tempa pracy w kamieniołomie, nikt nie powiedział im złego słowa.

Działali trochę jak oddział wojskowy, podzieleni na drużyny dowodzone przez dziesiętników, ale nie mieli nawet cienia dyscypliny i wyszkolenia prawdziwych żołnierzy. Rzadko też pojawiały się wśród nich nowe twarze, jakby każdy, kto dostał tę robotę, cenił ją ponad wszystko. W czasie całego pobytu Szóstek zauważyli tylko dwóch świeżaków, ostatni przyjął się na służbę ledwo kilka dni temu.

Kompania obserwowała ich uważnie i zbierała informacje. Znali już imiona lub przydomki większości z wartowników, poznali sygnały, którymi komunikowali się na większe odległości, ich słabości oraz najbardziej charakterystyczne cechy. Tuzin z nich lubiło sobie popić. Nie robili tego w czasie służby – za coś takiego wylatywało się z tej roboty – ale gdy mieli wolne, nie wylewali za kołnierz. Nazajutrz pojawiali się w kamieniołomie skacowani, obserwując więźniów podpuchniętymi oczyma, czasem szukając okazji do pomachania batem. Kenneth z dziesiętnikami ustalił już, którego z nich należy unikać jak ognia, a który po prostu walnie się gdzieś z boku i zacznie drzemać. Reszta też miała swoje nawyki. Jeden lubił prowokować więźniów, niespodziewanie wpadając na nich i oczekując przeprosin z głębokimi ukłonami. Kilku jego kamratów spędzało większość dnia, siedząc na uboczu i grając w kości, był wśród nich i gadatliwy, i taki, który nigdy się nie odzywał, marudny i czepiający się wszystkiego oraz jego kompan, który pozwalał im nawet czasem odpocząć w środku pracy, gdy widział, jak opadają z sił.

Żaden jednak nie sprawiał wrażenia, że naprawdę potrafi się posługiwać bronią; byli bandziorami, a nie żołnierzami.

Szósta czekała i układała plany. Musieli uderzyć szybko i załatwić jak największą liczbę wartowników. Potrzebowali ich broni i pancerzy oraz narzędzi, by zdjąć kajdany. I musieli zwabić komendanta na dół. Jeśli Remonem Oltec spanikuje i zamknie się w zamku, nie dostaną go.

A to była sprawa równie ważna jak ucieczka. A nawet ważniejsza.

Nie powinni mieć kłopotu z wyniesieniem z jaskiń improwizowanej broni, przeszukiwano ich, tylko gdy wracali na noc. Problem polegał na tym, że podzielono ich na kilka grup, dwie większe ciągnęły na płozach olbrzymie kamienne bloki, reszta obsługiwała wózki z lżejszym urobkiem. Każdą grupę wypuszczano z zagrody osobno i od razu skuwano wspólnym łańcuchem, przechodzącym między rękoma i umocowanym do sań lub wózków. Nie było mowy o tym, by tak powiązani, mogli podjąć walkę i przez ostatnie dni głowili się nad tym, jak skłonić tych kilku nadzorujących ich strażników do rozkucia choć części z żołnierzy.

Ostateczny plan ułożyli po tym, jak Bergh, zazwyczaj milczący w czasie narad, zwrócił uwagę na jedną prostą rzecz:

— Pana nadal nie skuli, panie poruczniku.

— Owszem, Bergh, zauważyłem, że jako jedyny nie pobrzękuję tu radośnie. Ale nawet ja sam nie załatwię dziesięciu tych gnojków naraz.

— Ale dlaczego pana nie skuli?

Kenneth nie wiedział, jak ma na to odpowiedzieć. Że to wyrafinowana gra, jaką toczy z nim komendant? Próba odseparowania go od reszty, wzbudzenia wśród żołnierzy poczucia krzywdy albo gniewu? Że on sam czuje się przez to coraz bardziej winny?

— Bo mam doczekać przyjazdu śledczych z Nory w dobrym stanie — powiedział wreszcie.

— Czyli strażnicy mają pilnować, żeby panu nic się nie stało?

Nie pomyślał o tym w ten sposób, ale chyba coś w tym było. Zazwyczaj nie pozwalano mu brać udziału w szczególnie niebezpiecznych pracach. Zawsze któryś z wartowników podchodził i kazał się odsunąć.

Velergorf poruszył się, zabrzęczał łańcuchem, drapiąc po nosie.

— O czym myślisz?

— O Jebaniutkiej. Naszej małej, kochanej Jebaniutkiej. I o tym, że będą musieli przynajmniej część z nas rozkuć, żeby ocalić życie porucznikowi. A także o tym, że to jest za zakrętem, więc przez dłuższy czas nikt nic nie będzie widział.

Porucznik spojrzał na Bergha i czując, że będzie żałował, rzucił krótko.

— Wyjaśnij.

Jasnowłosy dziesiętnik podzielił się swoim pomysłem, wymachując rękoma i opowiadając, jak bardzo Kenneth będzie miał przerąbane.

Gdy skończył, wszyscy milczeli dłuższą chwilę, patrząc na swojego dowódcę z wyczekiwaniem.

— Ręka czy noga, panie poruczniku?

Andan zapytał o to tak, jakby chodziło o to, którą parę butów trzeba wzuć.

— Ręka. — Kenneth nie wahał się ani chwili. — Lewa. Jak pójdzie źle, to bez ręki nadal będę mógł chodzić po górach, a prawą będzie mi łatwiej natrzaskać po ryju temu, który wymyślił ten durny podstęp.

Bergh uśmiechnął się samymi oczami i skinął głową.

Загрузка...