Rozdział 12

Zostali skuci, pilnowali ich wartownicy, uzbrojeni oprócz pałek i batów w kusze i kordy lub tasaki, przydzielono im kwaterę w rozpadającym się baraku.

I dano im pracę, przy której machanie łopatami było rozrywką. Posłali ich na ścianę.

Dostali robotę przy odłupywaniu olbrzymich skalnych bloków. Całymi dniami wbijali stalowe pręty w granit, godzina za godziną, od świtu do zmierzchu, a czasem i w nocy, przy świetle pochodni. Racje z suchego chleba i wody nie starczały, opadali z sił, popełniali błędy. Cerwes Fenl stracił kciuk, gdy młot jednego z górali omsknął się i zamiast w pręt, trafił w trzymającą go dłoń. Bąk, strażnik z Siódmej, zwichnął stopę, Kawares Pyrt poślizgnął się, wchodząc na skałę i zjechał czterdzieści stóp, zostawiając na kamiennej tarce skórę z prawego boku, a Osęk przewrócił się tak nieszczęśliwie, że złamał nos i wybił cztery zęby.

I traktowano ich inaczej. Wartownicy nie ośmielali się jeszcze zatłuc któregoś z nich dla zabawy, ale baty i pałki parę razy spadły na plecy żołnierzy. Kenneth i dziesiętnicy z najwyższym trudem utrzymywali dyscyplinę.

Piątego dnia roboty dwóch strażników Szóstej Kompanii, Wytro-onm-Ferar i Emnes Kot zginęło, przygniecionych wielką granitową płytą. Pracowali przy jej podstawie, razem z kilkunastoma innymi więźniami, jeden walił młotem, drugi obracał stalowy pręt, gdy nagle rozległo się głuche tąpnięcie i wysoka na trzydzieści stóp kamienna ściana odpadła od skały macierzystej. Skuci, nie zdążyli uskoczyć i kilkanaście tysięcy funtów granitu rozsmarowało ich na ziemi.

Jeden z półtuzina pilnujących ich wartowników zarechotał paskudnie.

Kenneth spojrzał po swoich ludziach, dzierżących ciężkie młoty i stalowe pręty, doskoczył do zbira i zdzielił go krótkim hakiem w szczękę, poprawił kolanem w krocze, przytrzymał, nie pozwalając upaść, i dokończył, waląc pięścią w usta. Trzasnęły wargi, posypały się zęby, strażnik osunął się na ziemię, skomląc cichutko.

Pięć kusz wycelowało w niego jednocześnie. Pięć podniesionych, wściekłych głosów wrzeszczało coś z oddali. Ignorował to wszystko, patrząc na krew wypływającą spod kamiennej płyty.

— Przerywamy pracę — powiedział. — Natychmiast. I zaprowadźcie mnie do komendanta.

* * *

Remonem Oltec przyjął go w swojej ciemnej i ponurej komnacie dopiero po dwóch godzinach. Ale nie zlekceważył tego, co zaszło. O tym, jak poważnie traktuje zajście, świadczyła obecność za plecami Kennetha dwóch w pełni uzbrojonych zbirów.

— Wypadki się zdarzają — powiedział beznamiętnie, gdy porucznik wyrzucił z siebie gniew po śmierci żołnierzy. — Wypadki to w kamieniołomie rzecz zwykła. Rzeczą niezwykłą i bardzo groźną za to są ataki na wartowników. To już drugi raz, jak jeden z moich ludzi staje się niezdolny do służby na czas nieokreślony. Opuchnięte jądra, pęknięta szczęka, wybitych sześć zębów. Nasz lekarz powiedział, że nie wie, kiedy poszkodowany wróci do służby.

— Mógł się nie śmiać.

Kenneth nie miał zamiaru wyjaśniać, że gdyby on nie powalił i nie obił gęby tego żałosnego durnia, to najpewniej jego ludzie zatłukliby go na śmierć.

— Śmiech — powiedział miękkim tonem Oltec — jakkolwiek niestosowny, nie jest wykroczeniem przeciw regulaminowi, panie poruczniku. Atak na wartownika – już tak. Wie pan, dlaczego nie skończył naszpikowany bełtami albo zabity na miejscu?

Domyślał się tego od jakiegoś czasu. Więzienni strażnicy traktowali jego i dziesiętników inaczej. Trzaskali batami, pokrzykiwali, ale nie ośmielali się na nic więcej.

— Śledztwo — wyrzucił z siebie.

Komendant uśmiechnął się wreszcie. Zimno.

— Doskonale. Rozkazy nakazują zatrzymanie dowódcy i podoficerów waszej kompanii w celu przeprowadzenia drobiazgowego dochodzenia. A do drobiazgowego dochodzenia musicie być w przynajmniej przyzwoitym stanie. Dlatego, jak pan się domyślił, nałożyłem moim ludziom kagańce. Nie radzę jednak nadużywać ich cierpliwości. Przyzwoity stan może bowiem obejmować zarówno poobijane jądra, jak i powybijane zęby. A zapewniam — Oltec zawahał się lekko, oczy błysnęły mu groźbą — że z opuchlizną na jądrach i z powybijanymi zębami da się składać zeznania.

Kenneth zignorował pogróżkę, zbyt wstrząśnięty tym, co właśnie do niego dotarło.

— Ja i dziesiętnicy? Tylko ja i dziesiętnicy? A moi żołnierze? Moi ludzie?

Do tej pory był przekonany, że rozkaz zatrzymania obejmował całą Szóstą Kompanię.

— Pana ludzie, poruczniku? Pana? To żołnierze Imperium Meekhańskiego, podlegający regulaminowi armii. Wyjaśnię to pokrótce. Rozkaz zatrzymania Szóstej Kompanii obejmuje dowódcę i jego zastępców, w tym przypadku wszystkich podoficerów, bo struktura dowodzenia jest u was dość płytka. Reszta została pojmana przy okazji. Dowódca Dziewiętnastego, pułkownik Konwec, zwrócił się nawet do mnie z prośbą o przekazanie mu pod komendę zwykłych żołnierzy, ale — twarz komendanta skrzepła w bladą, zaciętą maskę — regulamin armii dotyczący Górskiej Straży nie przewiduje takiego rozwiązania. Jeśli dowódca podejrzewany jest o zdradę, jego żołnierze mają wrócić do garnizonu i oddać się pod rozkazy własnego pułkownika lub oficera pełniącego takie obowiązki. Lecz to niemożliwe. Jesteście prawie tysiąc mil od Belenden, nikt nie pośle w tak daleką wędrówkę pozbawionej dowódców bandy żołnierzy.

— Ale…

— Powtórzę raz jeszcze. Regulamin nie przewiduje dla was żadnego rozwiązania. Tak naprawdę pana ludzie znaleźli się tu w pewnej prawnej pustce. Górska Straż zazwyczaj działa na terenie jednej prowincji, w odległości kilkudziesięciu mil od własnego garnizonu. Nikt nie przewidział, że jakaś kompania pojawi się, bez odpowiednich rozkazów, jakby znikąd na drugim krańcu gór.

— Nie pojawiliśmy się znikąd. Przypłynęliśmy…

— Nie, nie, nie. — Remonem Oltec pokiwał palcem, jakby uciszał rozgadane dziecko. — To nie moja sprawa, co robiliście i jak się tu dostaliście. Proszę zachować te opowiastki dla śledczych. Dziewiętnasty nie może, zgodnie z regulaminem, przyjąć tych żołnierzy pod swoje skrzydła. Może to zrobić tylko Akeres Gewanr, pana dowódca. Ale on jest w Belenden i chyba jeszcze nie wie, że was odnaleziono, bo w obecnej sytuacji przesyłanie wieści jest mocno utrudnione. Dlatego to ja się nimi zająłem.

Do Kennetha dotarł cały absurd tego, co usłyszał.

— Przecież oni teraz nawet nie są więźniami.

Komendant spojrzał na niego rybimi oczyma, a porucznik poczuł, jakby żelazna obręcz zacisnęła mu się na piersi. Dla tego człowieka życie żołnierzy Szóstej Kompanii było niczym. Kilkoma linijkami w rejestrze armii, paroma zdaniami o stratach, raportem wysłanym do sztabu. Inkaustem na tanim, wojskowym papierze. A wszystko w zgodzie z regulaminem.

— Oczywiście. Ma pan rację. Nie są więźniami. Są… kłopotem. Nie można ich odesłać ani stracić, można ich tylko przetrzymać, czekając na bardziej szczegółowe rozkazy. Więc ich przetrzymuję. A przebywając u mnie, podlegają regulaminowi zamku Langre. Tak jak wszyscy inni.

Kenneth czuł, że coś go dławi. Odbiera oddech. Nie można ich odesłać, bo regulamin nie przewiduje takiej sytuacji? To wszystko dlatego, że nikt nie wiedział, co z nimi zrobić? Łańcuchy, bicie, rany i śmierć… wszystko, co spotkało jego ludzi, było efektem wojskowej biurokracji? Zgodnie z regulaminem armii, nie można ich było odesłać do domu, za to zgodnie z regulaminem więzienia można było zakatować na śmierć morderczą pracą i głodówką?

Postąpił krok do przodu.

— Nie radzę. — Remonem Oltec dał znak i dwie pary łap zacisnęły się na ramionach Kennetha. — Niech pan nie dokłada kolejnego wykroczenia. Wystarczy to jedno. Atak na więziennego strażnika karany jest stoma batami i dziesięciodniową głodówką. Ale ze względu na to, że muszę pana utrzymać w dobrej kondycji, zamieniam sto batów na dziesięć dni w trumiennej jamie. Głową na zewnątrz. Raz dziennie suchy chleb i woda i raz dziennie kwadrans na zewnątrz na załatwienie innych potrzeb. Nie chcę, żeby wyszedł pan stamtąd uwalany własnymi odchodami. Dam panu szansę, by zachował pan odrobinę godności i proszę to potraktować jako uprzejmość między oficerami.

Ostatnie zdanie zabrzmiało w ustach komendanta jak kpina.

Kenneth bez oporu pozwolił się wyprowadzić.

* * *

Trumienna jama okazała się dziurą wykutą w skale na skraju kamieniołomu. Szeroką i wysoką na niespełna dwie stopy, głęboką na prawie siedem. Kenneth zrozumiał, co Oltec miał na myśli, mówiąc o uprzejmości. Dziura miała płaskie dno i opadała lekko, więc każdy więzień, którego w niej zamykano na dłużej, już po pierwszym wypróżnieniu musiał leżeć we własnym gównie. A jeśli wsadzono go głową w stronę skały, czuł, jak odchody zalewają mu szyję, głowę, twarz. Po dwóch–trzech dniach najtwardsi zaczynali wyć i błagać, by ich wypuszczono.

Kazali mu wejść do jamy, nogami naprzód, po czym zamknęli otwór drewnianą pokrywą. Kilka szpar szerokości palca ledwo przepuszczało powietrze, skalne dno lepiło mu się do ubrania i cuchnęło. To było tyle, jeśli chodzi o zachowanie godności.

Dziesięć dni i nocy. Tyle musiał wytrzymać.

To dość czasu, by obmyślić, jak stąd uciec.

Загрузка...