Rozdział 24

Kailean obudził dźwięk gongów. Przez kilka chwil nie rozumiała dlaczego; lament brązowych i spiżowych płyt umieszczonych w różnych częściach Białego Konoweryn rozdzierał przecież powietrze wiele razy dziennie. Miasto witało i żegnało w ten sposób słońce, nawet jeśli ognistego kręgu nie było widać zza chmur, a pomiędzy świtem a zmierzchem gongi odzywały się zgodnie ze znanym tylko kapłanom rytmem. Przez pierwszych parę dni pobytu w pałacu irytowały ją niezmiernie, potem nauczyła się je ignorować, tak jak ignorowała dźwięk deszczu za oknem.

Ale nigdy nie biły wszystkie naraz.

Zerwała się z łoża. Strój przygotowany na nagłe okazje trzymała w skrzyni pod oknem – prosta bielizna, luźne spodnie, koszula z grubo tkanej bawełny, a na nią pikowana kamizelka, dość gruba, by robić za przeszywanicę. Skarpety, buty, pas z szablą.

Ubrała się w mniej niż minutę, gotowa… nie wiadomo na co, ale mógł być tylko jeden rozsądny powód, dla którego bito w miejskie gongi tak rozpaczliwie.

Alarm! Napaść! Gwałt! Do broni!

Biegnąc do drzwi, złapała wstążkę z toaletki i niedbale związała włosy na karku. Nie miała czasu na warkocz.

Wypadła za drzwi.

Pierwszą rzeczą, której nauczyła się, jeżdżąc z czaardanem, była żelazna zasada – w razie niebezpieczeństwa znajdź resztę, wspólnie poradzicie sobie ze wszystkim. Ruszyła truchtem do pokoju Lei.

Zaraz za rogiem ujrzała trzy służące, drepczące nerwowo w kółko. Wszystkie uzbrojone ciężej niż zazwyczaj, dwie w krótkie włócznie, trzecia w coś w rodzaju berdysza z szerokim ostrzem. Ze zdeterminowanymi minami zagrodziły jej drogę i zaraz, najwyraźniej rozpoznając, opuściły broń. Pamiętała te kobiety, ale w tej chwili zupełnie nie mogła sobie przypomnieć imienia żadnej z nich.

— Co się dzieje? — zapytała, mając nadzieję, że któraś zrozumie.

Stojąca pośrodku, najmłodsza z nich, ładniutka blondynka o widocznych od razu meekhańskich korzeniach poruszyła się niespokojnie.

— Krwawnica, panienko — jej meekh był dziwnie, miękko akcentowany, ale zrozumiały. — Krwawnica jest pod miastem.

Kailean dopiero teraz to poczuła. Oko. Oko pulsowało gniewnie, rytmem, w jaki walono w gongi. Jakby wola Pana Ognia napędzała dłonie kapłanów. Uwierzyła więc od razu, bo tylko jedna siła mogła wywołać taką reakcję Agara – bliskość innego bóstwa. Pamiętała wrażenia, jakie zaatakowały ją w czasie bitwy z armią niewolników, czuła wówczas coś, jakby chmurę, śmierdzącą niczym zaschnięta krew, która pojawiła się nad ich szańcami, i falę żaru, biegnącą na jej spotkanie. Odcięła się wtedy od tych emocji, by nie oszaleć, ale czasem wracały do niej w snach.

Tak jak teraz, gdy opuściła nieco bariery, którymi chroniła umysł, by otworzyć się na świat duchów. Za miastem, na zachodzie, tam, gdzie było jezioro, i na południu – chmura… nie, raczej mgła, cuchnąca krwią i pulsująca w rytmie, który – gdyby był pieśnią – układałby się w słowa słyszane przez Leę: „zabijcie”, „zemsta”, „krew”.

Aż się zatchnęła i natychmiast zerwała kontakt z duchową płaszczyzną.

— Jak, do cholery? — rzuciła w twarz blondwłosej służącej. — Jak się tu znalazła? Przecież mówili, że jest na zachodzie! Że nie będzie wojny, dopóki nie przestaną padać deszcze!

Dziewczyna wytrzeszczyła niebieskie oczęta, wargi zaczęły jej drżeć.

— Ja nie wiem… Naprawdę nie wiem, panienko… ja tu nowa jestem i…

Kailean poczuła się jak ostania idiotka.

— Och, dobrze, już dobrze. — Machnęła ręką. — Tylko mi tu nie płacz. Przepraszam. Nie wiesz, czy Lea i Daghena już wstały?

W chwili, gdy zadawała to pytanie, rozległy się kroki i na korytarz weszły dziewczyny z czaardanu. Obie ubrane jak do walki, tylko pancerzy i hełmów brakowało. Lea miała w ręku łuk z jedną strzałą na cięciwie, a dwiema trzymanymi w dłoni zaciśniętej na majdanie. Krótką szablę zatknęła za pas, kołczan kołysał jej się u drugiego biodra. Dag poprawiała właśnie spodnie, usiłując najwyraźniej nie upuścić szabli i jataganu wetkniętych pod pachę. Bez makijażu, z włosami upiętymi byle jak, z plemiennymi wisiorkami na szyi i kościanymi bransoletami na nadgarstkach wyglądała, jakby nigdy nie opuściła Stepów. Zerknęła na Kailean bez śladu zaskoczenia w oczach.

— Ona tu jest — rzuciła zamiast powitania.

Nie musiała dodawać kto.

— Wiem. — Kailean krótko skinęła głową. — Potrafisz powiedzieć jak daleko?

— Nie. — Daghena uporała się właśnie ze spodniami, zapięła pas z bronią. — Za dużo hałasu. — Warknęła pod nosem coś, co musiało być przekleństwem. — Jakim cudem ich tak podeszła? W środku deszczów. Bez ostrzeżenia. Rody Wojny, psia ich mać, za owcami im chodzić i bobki zbierać, a nie wojnę prowadzić.

Lea posłała Kailean lekki uśmieszek. Gdy czaardan szykował się do walki, Dag zawsze nakręcała się gadaniem.

— Dobra. — Czarownica plemienna splunęła na dłoń i wtarła plwocinę w jeden z paciorków zawieszonych na szyi. Po czym osuszyła dłoń o spodnie. Gdyby Varala to zobaczyła, najpewniej zemdlałaby na miejscu. — Kończymy z chowaniem się. Lea, jak będzie okazja wyjść do ogrodu, to spróbuj posłuchać ziemi. Ale ostrożnie, mam wrażenie, że na południu nawet trawa skomli pod stopami Krwawnicy. A ty… — Spojrzała poważnie na Kailean.

Nie musiała kończyć.

W takich chwilach z Dagheny wychodziła wiedźma, przywykła do wydawania poleceń. Ale jeszcze nigdy dziewczyny nie wyszły źle na słuchaniu jej. Kailean otworzyła się ponownie na świat duchów, niezbyt mocno, ale wystarczająco, by zawołać w myślach: „Berdeth, do mnie!”.

Obecność pojawiła się tuż obok, jak zwykle promieniując zadowoleniem i szczerą radością. Nie przywoływała go od wielu dni, ale to nie miało dla Berdetha najmniejszego znaczenia. Prawdę mówili mądrzy ludzie – psia wierność nie zna upływu czasu. Teraz w mgnieniu oka mógł podzielić się z nią swoją siłą, refleksem i instynktem.

Zerknęła na dziewczyny i lekko skinęła głową. Gotowe.

— Ty. — Daghena wskazała na jasnowłosą służącą. — Wiesz, gdzie jest Wybrana?

Pokojówka wahała się dłuższą chwilę, co zdradziło, że wie.

— No to nie stój jak kołek, prowadź.

— Ale…

— Żadnych „ale”. Pamiętaj, że byłyśmy przy niej, gdy Krwawnica się objawiła. Przydamy się.

Blondynka skinęła głową i poprowadziła je w głąb Domu Kobiet.

* * *

Drzwi otworzyły się z takim impetem, że aż uderzyły o ścianę. Kasel Remnak nawet nie mrugnął, bo to zdarzyło się już, miał wrażenie, setny raz w ciągu ostatniej godziny.

— Płoną składy drewna przy Byczej Przystani!

— Ile?

— Cztery.

— Wezwijcie kapłanów ze świątyń w okolicy. Niech poślą do pożaru każdego, kogo znajdą. I niech uzbroją część ludzi jako straż. Nie pozwólcie nikogo porwać.

— Rozkaz!

Młody mnich obrócił się na pięcie i wybiegł, trzaskając drzwiami, nim Kamień Popiołu powiedział mu, żeby zostawił je otwarte. Zachował się impertynencko, ale zgodnie z rozkazami, bo Kasel osobiście zarządził, by przekazywano mu wieści najszybciej, jak to możliwe. Żadnej tytulatury, klękania przed hierarchą i wzywania imienia Agara w każdym zdaniu. Mnisi pełniący rolę posłańców mieli od razu przechodzić do rzeczy.

Agarze! Ależ panował chaos!

Od świtu otrzymywał ze wszystkich stron rozpaczliwe, pełne histerii i przerażenia oraz sprzeczne meldunki. Krwawnica jest pod miastem! Nie, w samym mieście! Jej horda szturmuje mury! Nieprawda, obległa karawanseraj! Uderzyła na place ćwiczebne, gdzie w namiotach spali młodzi żołnierze! Przed chwilą wylądowała w porcie! Niszczy i rozkopuje groble, którymi prowadzą drogi do stolicy! Podpala statki na wybrzeżu!

Krwawnica była pod miastem! I to z armią. Mówiono o dwudziestu albo trzydziestu tysiącach ludzi, których – jakimś cudem – przerzuciła spod Pomwe, wyciągnęła znikąd albo – co bardziej prawdopodobne – z piekielnej otchłani, z której sama wypełzła. Jej oddziały zdawały się być wszędzie, lecz ustalenie ich prawdziwej liczebności i miejsca pobytu uniemożliwiał deszcz, w którym z dwustu kroków ledwo dałoby się dostrzec jednego człowieka, a z czterystu nie widać byłoby nawet setki bojowych słoni. Do tego dochodziły plotki o opętaniach w mieście, o ludziach, którzy z obłędem w oczach rzucali się na mieszkańców. Ostatnie informacje mówiły o samosądach na tych niewolnikach, których spanikowany tłum dorwał w swoje ręce. Najczęściej niegroźnych i zupełnie odpornych na wpływ demonicy domowych.

Tyle wiedział on, Kamień Popiołu, zarządzający świątynnym majątkiem, do którego należeli przecież niektórzy z tych niewolników. Jakie wieści docierały do dowódców wojsk, nawet nie próbował zgadnąć.

Ale nie mógł zaprzeczyć, że to naprawdę była Krwawnica. Jak każdy z kapłanów, wyczuwał bijący od Oka pulsujący rytm. I to z takiej odległości. Pan Ognia był rozgniewany. Pan Ognia wzywał swych wyznawców do broni.

W ciągu ostatniej godziny z przekazywanych informacji zaczął się wyłaniać pewien obraz.

Bez wątpienia, na ulicach zapanowała anarchia. Dochodziło nie tylko do samosądów na niewolnikach, ale i do innych, znacznie bardziej gorszących wydarzeń, jak napady, kradzieże, gwałty i podpalenia. Hołota wypełzała z dzielnic biedoty i korzystając z zamieszania, próbowała się wzbogacić. Jednym z pierwszych poleceń, jakie wydał, było stworzenie składających się z godnych zaufania wiernych oddziałów, które miały strzec świątyń. Na wsparcie Rodów Wojny nie mógł na razie liczyć.

Później nadeszły bardziej ponure wieści. Bandy Krwawnicy uderzały na tereny znajdujące się za murami stolicy, głównie obozy uchodźców i dzielnice podmiejskie, atakując i uprowadzając ludzi. Pomni wcześniejszych porwań i tego, co mogły znaczyć, żołnierze Słowików i Bawołów rzucili się, by ich chronić, a jednocześnie uciekinierzy i reszta mieszkańców podgrodzia runęła w stronę bram, korkując je całkowicie. Ponoć w ścisku zginęły setki ludzi, a bramy stały się całkowicie nieprzejezdne, uniemożliwiając wojsku wyjście z miasta.

A za murami, zwłaszcza przy brzegu jeziora i rzeki, znajdowały się cenne magazyny, warsztaty, tkalnie, farbiarnie i młyny. Wszystkie solidnie zadaszone, więc ogień wzniecony w środku mógł rozpalić się na podobieństwo hutniczego pieca, nim stropy się zawaliły, a dachy zapadły. I nawet wtedy płonął bardzo długo, dopóki nie przegrał z deszczem.

Ostatni meldunek o składach przy Byczej Przystani był szczególnie niepokojący. Podpalono cztery z siedmiu wielkich magazynów, w których sezonowano cenne gatunki drewna, nim trafiły na sprzedaż w różne strony świata. Świątynia ulokowała w nich mnóstwo pieniędzy. A teraz płonęły! Zapowiadały się gigantyczne straty.

Na dodatek Bycza Przystań znajdowała się w pobliżu Bramy Kraba, położonej w linii prostej milę od Oka.

Co, do cholery, robi armia?!

Jeszcze chwila, a Krwawnica wedrze się do pałacu!

Kamień Popiołu drgnął nagle jak uderzony. Zamrugał. Otworzył i zamknął usta, a potem zastygł w całkowitym bezruchu, myśląc tak intensywnie, jak chyba nigdy w życiu.

Panowały chaos, zamieszanie i panika. W książęcym pałacu trzaskały drzwi, służba biegała jak stado spłoszonych kurcząt, urzędnicy i arystokraci kryli się po kątach albo próbowali dostać do swoich posiadłości w mieście. Obce twarze pojawiały się w różnych miejscach, bo gońcy przemierzali korytarze i komnaty, niosąc wieści między Wybraną, Evikiatem, urzędnikami a dowódcami armii różnego szczebla. Nawet do Domu Kobiet wpuszczano męskich posłańców, bo Wybrana nie chciała przekazywać poleceń przez służki.

A z miasta nieustannie dochodziły pogłoski o niewolnikach, których Krwawnica opętała i wykorzystuje do zabijania, podpalania i gwałtów. Albo o takich, którzy na wieść o jej zbliżaniu się sami podnieśli bunt.

A gdyby zaatakowali tutaj? Przecież właśnie to chciał osiągnąć – nakłonić af’gemida Bawołów do zabicia trzech dziewek z Meekhanu, żeby uczynić go wspólnikiem i mieć na niego haka w przyszłości, po czym przeprowadzić zamach w pałacu i zwalić winę na opętanych niewolników.

W jego głowie pojawiła się modyfikacja pierwotnego planu.

Kobiety od Laskolnyka mogą przeżyć lub nie, ale w Domu Kobiet musi znów dojść do rozlewu krwi. Spektakularnego i brutalnego, dokonanego przez niewolnice, które wdarły się tam niespodziewanie, zaczęły mordować, szukając Wybranej, po czym zostały powstrzymane przez bohaterskich strażników zwabionych odgłosami walki. Niedoszłe zabójczynie byłyby przebrane w issarskie stroje, przez co nikt nie rozpoznał ich twarzy ani nie zobaczył blizn na szyjach. To pozwoli później odsunąć issarskie najemniczki od Deany d’Kllean, po dzisiejszych wydarzeniach w jej pobliżu będą mogli pojawiać się tylko ludzie z odsłoniętymi twarzami i karkami.

Miał już odpowiednie kandydatki do tej roli, czekały w tajnej komnacie, pojone obficie narkotycznymi wywarami. Nie potrzebował ich aktywności, tylko świeżych trupów.

W międzyczasie zginie Evikiat, zamordowany przez swojego osobistego wyzwoleńca. Kasel wiedział, że ten sługa nosi pod kołnierzem stare ślady po niewolniczej obroży. Nóż, który poderżnie gardło Wielkiego Kohira, znajdzie się potem w ręku zabitego przez straż zamachowca. Kamień Popiołu czuł, jak plan zaczyna układać się w jego głowie w realną całość. W otoczeniu Evikiata miał trzech wiernych, lojalnych i związanych przysięgami ludzi, którzy znali szczegóły zamachu. Wystarczyło podać im odpowiednie hasło.

A gdy rozejdzie się wieść o tych wydarzeniach, to Kosse Oluwer osobiście zamknie Wybraną pod kluczem, stawiając przed drzwiami połowę Rodu Bawoła. I dopilnuje, by pozostała w bezpiecznym miejscu, do rozwiązania.

Poczuł lekkie rozczarowanie, że tym razem nie sięgnie Varali i truciciela, ale nie byli aż tak ważni. Pragnął ich upadku i śmierci, bo wzbudzali w nim pogardę i niechęć, lecz mógł jeszcze na to poczekać. Bez Wielkiego Kohira, jego koneksji i siatki wpływów, którą zbudował, oboje staną się tym, kim byli jeszcze kilka miesięcy temu – podstarzałą książęcą nałożnicą i żałosnym człowieczkiem lubiącym warzyć trujące mikstury.

Będzie mógł zająć się nimi później. W stosownym czasie i w stosowny sposób.

Inni urzędnicy, tacy jak szef wywiadu Aagnon z Bryhalu, natychmiast przestaną się liczyć, ba, jego będzie można oskarżyć o zaniedbanie, pozbawić pozycji i posłać na stos. Wywiad, który zbudował, przejmą lojalni ludzie.

Kasel Remnak zrobił przegląd sił, które przygotował, by móc usunąć tę przeklętą trójkę.

W pałacu czekał tuzin ludzi, których lojalności Kamień Popiołu był pewien. Czterech było wartownikami pełniącymi straż przed Domem Kobiet – ci ubarwią ściany i podłogi kobiecych komnat krwią kilku służących i podrzucą ciała dwóch „zabójczyń”. Znali stawkę i wierzyli w konieczność wyrwania Wybranej spod złych wpływów, bez względu na koszty. Nawet jeśli liczyli później na zaszczyty i nagrody, ich intencje były czyste. Wraz z nimi do środka wejdzie dwóch wtajemniczonych wysokiej rangi kapłanów, którzy przydadzą się jako świadkowie rzezi, gdy trzeba będzie składać zeznania.

Pozostała szóstka była urzędnikami pracującymi dla Wielkiego Kohira, i to oni zajmą się Evikiatem i jego „mordercą”.

Żeby wszystko się zaczęło, wystarczy, że poda kilka haseł.

Jeśli działać, to teraz. W środku tego całego chaosu i paniki.

Zerwał się i ruszył do drzwi w chwili, gdy te znów uderzyły o ścianę.

— Panie! — wrzasnął od progu młody mnich. — Af’gemid Oluwer wyprowadził Bawoły z miasta. Powiedział, że buntowników jest nie więcej niż parę tysięcy i on zakończy tę wojnę dzisiaj.

Kamień Popiołu zatrzymał się w pół kroku.

Aż go zatkało. Oluwer! Ty cholerny durniu! Ty pusty woli łbie!

Ale jeśli uda ci się choćby odepchnąć Krwawnicę spod miasta, wrócisz do pałacu jako zbawca. A gdy Evikiat będzie martwy, staniesz się… kto wie? Może idealnym kandydatem na regenta, opiekującego się najpierw Wybraną, a potem jej dzieckiem. Regenta, który będzie potrzebował rady i wsparcia od swojego zaufanego brata w wierze.

* * *

Jasnowłosa służąca prowadziła je przez labirynt korytarzy, komnat, pokoików, przedsionków i bocznych przejść, wciąż taszcząc ze sobą ciężki berdysz. Kailean miała ochotę powiedzieć jej, by go gdzieś odstawiła, ale dziewczyna wyglądała na zdeterminowaną. A co tam, pomyślała, najwyżej, jak spróbuje wziąć zamach, to się przewróci i będzie leżeć.

Ledwo poznawała tę część Domu Kobiet, do tej pory była w niej może ze dwa razy i gdyby nie obecność Berdetha, natychmiast by się zgubiła. Wiedziała jednak, że teraz będzie mogła wrócić tą samą trasą, po prostu węsząc w powietrzu.

Dziwne było, że nie spotkały jeszcze żadnych innych kobiet – ani służek, ani nałożnic czy szlachetnie urodzonych dam, których zazwyczaj było tu pełno.

— Pusto tu — mruknęła Daghena, jakby czytając jej w myślach.

— Wybrana kazała się zebrać większości kobiet we wschodnich pokojach. Łatwiej będzie się tam obronić, jakby coś — wyjaśniła służąca.

— Jakby coś? — Dag uniosła brwi.

— Jakby Krwawnica się tu zjawiła — odparła z pełną powagą blondynka. — Albo ktoś inny. Jest dużo zamieszania. Mężczyźni wchodzą do naszych komnat, posłańcy, jacyś urzędnicy, podobno sam Wielki Kohir ma się tu zjawić, żeby łatwiej dało się wszystkim zarządzać. I af’gemidzi też. Tak słyszałam.

Miało to sens. Próba opanowania zamieszania poprzez wymienianie się wieściami przez gońców była zbyt bezsensowna i czasochłonna. A Deana d’Kllean, której brzuszek wyraźnie się zaokrąglił przez ostatnie dziesięć dni, nie mogła przecież biegać po pałacu, by spotykać się z resztą ważnych ludzi. To oni powinni pojawić się u niej.

Najwyraźniej Dom Kobiet stracił swój charakter.

Ale gongi w całym mieście wciąż biły rozpaczliwie w rytmie, w którym pulsowało Oko Agara, a gdy Kailean na chwilę zaprosiła do siebie Berdetha i kilka razy głośno wciągnęła powietrze, poczuła wyraźny, choć na razie odległy zapach spalenizny. I to nie starej; tak pachniał żywy ogień. Wywąchała to we wnętrzu pałacu, w dodatku pomimo deszczu, więc pożary musiały być spore.

Czuła też coś innego – na płaszczyźnie duchowej Białe Konoweryn otaczała woń przemocy, krwi i gniewu.

W tej sytuacji tylko idiotka narzekałaby, że złamano tradycje.

— Daleko jeszcze?

— Ten korytarz, panienko, a potem przejdziemy przez jeden ogród i będzie już blisko. Tylko że… tam nie ma krużganka. Trochę zmokniemy.

Kailean poczuła lekkie rozbawienie. Za kogo ona je miała?

— Nie rozpuścimy się. Prowadź.

* * *

Suweleh z Plochwii maszerował na czele małego oddziału i czuł coraz większą frustrację. Weszli do Domu Kobiet przed kwadransem, mając jasne i proste zadanie – zabić od ośmiu do tuzina mieszkanek, bez znaczenia, służących czy szlachetnych panien, przy ostatnich zwłokach położyć dwa świeże trupy „morderczyń” i podnieść alarm słyszany w całym pałacu.

Ich historyjka miała być nieskomplikowana – on i jego towarzysz, Roderall Szary, podążali do Wybranej jako posłańcy od Kamienia Popiołu, gdy usłyszeli odgłosy walki. Natychmiast zawrócili i powiadomili wartowników, po czym wraz z nimi udali z powrotem do kobiecych komnat, gdzie natknęli się na dwie zamaskowane zabójczynie, zostawiające za sobą ścieżkę z ciał. Dzielni strażnicy pokonali je, ocalając bez wątpienia życie Wybranej.

Plan był prosty i powinien zostać zrealizowany w kilka minut, lecz niestety kobiety z tego skrzydła pałacu nie chciały współpracować. Przede wszystkim gdzieś się schowały. Po kwadransie mieli na koncie tylko dwie zabite służące, i nikogo więcej. Na dodatek zgubili się i był pewien, że kilka razy mijali te same komnaty i korytarze. Towarzyszący mu wartownicy rozglądali się na boki z coraz większą nerwowością; był pewien ich lojalności, ale misji groziła klęska. Jeśli ktoś znajdzie wcześniejsze ofiary i podniesie alarm, trudno im będzie wyjaśnić swoją obecność w tym miejscu.

Cała czwórka coraz częściej zerkała na drepczące z tyłu kobiety. Suweleh wiedział, że od miesiąca trzymano je w ukrytej komnacie, najpierw związane, a potem pojone narkotycznymi wywarami. Obie prowadzone były w tej chwili na sznurku przez brata Roderalla. Kupiono je specjalnie na tę okazję, bo ich szyje zdobiło „piętno Krwawnicy”, jak ulica nazywała stare blizny po obrożach. Z zasłoniętymi twarzami, uzbrojone w szable i noże, miały zginąć jako ostatnie i wziąć na siebie winę za masakrę.

Ale w tej chwili w oczach wartowników czaiło się pytanie. Może już? Teraz? Zabijmy je i podnieśmy alarm.

Głupcy. Jak wyjaśniliby w czasie śledztwa, dlaczego weszli tak głęboko do Domu Kobiet? Żeby zostać bohaterami, którzy szli tropem opętanych zabójczyń, musieli mieć jeszcze kilka ciał.

Korytarz urywał się drzwiami, zza których dochodził szum deszczu. Zaraz wyjdą na zewnątrz i być może zorientują się, dokąd trafili.

* * *

Dziewczyny wyszły na zalany deszczem placyk, a kolorowe kamyki zagrzechotały im pod stopami. Dag i Lea wymieniły spojrzenia i drobna łuczniczka przyklękła, niby poprawiając but. Wsunęła dłoń między żwir. Potrzebowały informacji o tym, co dzieje się poza pałacem.

Kailean ponownie zjednoczyła się z Berdethem i głęboko wciągnęła powietrze. Zapach spalenizny, woń strachu, odór krwi. Bliski odór krwi.

Drzwi odległe o jakieś trzydzieści kroków otworzyły się nagle i stanął w nich mężczyzna w szatach Świątyni Ognia. Zatrzymał się, wyraźnie zaskoczony, jakby to dziewczyny nie miały prawa tu przebywać, a nie on.

Za nim nagle wyrośli inni. Czterech drabów w brygantynach pałacowych strażników, uzbrojonych w krótkie, szerokie szable i długie sztylety. Na lewych przedramionach nosili okrągłe, stalowe puklerze. I byli wielcy, na oko o głowę wyżsi od Dagheny, każdy mógłby służyć w korpusie Bawołów. Do pałacowej straży nie przyjmowano konusów. Zza ich pleców wyglądnął jeszcze jeden kapłan i dwie… chyba kobiety. Kailean znów pociągnęła nosem. Tak, to były kobiety, ale otaczała je dziwna woń, ciężka i dusząca. Od samego zapachu zakręciło jej się w głowie. Kichnęła.

Mężczyzna na przodzie uśmiechnął się niespodziewanie i powiedział coś w miejscowym języku. Daghena odpowiedziała, krótko, z wahaniem, a kapłan zarzucił ją potokiem słów. Wiedźma plemienna westchnęła i przerwała mu, unosząc dłoń.

— Cholera, połowy nie zrozumiałam, za szybko gada. — Odwróciła się do służącej. — Ty, jak ty właściwie masz na imię?

— Essavita, panienko.

— Ładnie. Tłumacz, Essavito.

Dziewczyna dygnęła odruchowo.

— Kapłan mówił, że niosą wieści dla Wybranej, ale się zgubili. Pyta, czy możemy ich do niej zaprowadzić. I jeszcze powiedział „na zdrowie” do panienki Kailean.

Mężczyzna uśmiechnął się szerzej. Czterech strażników za jego plecami odsunęło się na bok, odsłaniając im wejście na korytarz.

Lea podniosła się powoli, oczy miała czujne, skupione.

— Te dwie kobiety z tyłu — wyszeptała tak cicho, że deszcz prawie ją zagłuszył. — Coś jest nie tak.

— Co? — mruknęła Dag.

— Ich serca biją bardzo wolno. Jakby spały. Za to serca reszty łomoczą. Coraz szybciej i szybciej.

* * *

Suweleh drgnął, słysząc meekh. Znał ten język, ale nie widział powodu, by się z tym zdradzać. Nie trupom. To spotkanie było dla niego wybawieniem. Cztery dodatkowe ciała w tym miejscu w zupełności uzasadniały obecność jego ludzi. Niosąc wieści do Wybranej, usłyszeliśmy krzyki i szczęk broni, powiedzą. Niestety, przybyliśmy za późno. Af’gemid Bawołów dostanie białej gorączki, gdy usłyszy, jak głęboko zabójczynie wdarły się do Domu Kobiet. Suweleh czuł narastające podniecenie. Właśnie tworzył historię Białego Konoweryn.

Dwie kobiety z tyłu szeptały między sobą.

Zignorował to.

Trzy z nich, jak dopiero teraz zauważył, nosiły się po męsku, urągając dobrym obyczajom. I wszystkie były uzbrojone.

To też zignorował.

— Tylko prawda, bracie — powiedział głośno w geijv do Roderalla. — Przekaż ludziom, że gdy tylko te dziewki się zbliżą, mają je pozabijać. Szybko, ale niekoniecznie czysto. Im więcej krwi na ziemi, tym lepiej.

Uśmiechnął się i zachęcająco machnął dłonią w stronę kobiet, słysząc, jak kapłan za jego plecami szeptem wydaje strażnikom polecenia.

— Bądź gotowy na mój znak.

* * *

Kailean zamarła w pół kroku, słysząc słowa wypowiadane przez kapłana:

Uno prawda braci. Mówi ludzim, sze idy diwki ubliżu se, ubijom ich na smerc. Bystro, ali ne ciste. Krwi na zemi dobra.

Mężczyzna uśmiechnął się, zamachał do nich i dodał:

Bydzi gotow na mij znach.

Wymieniła spojrzenie z Dagheną i Leą. Obie znały ten język, choć nie tak dobrze jak ona. Wystarczająco jednak, by zrozumieć, co właśnie zostało powiedziane. Anaho. To była dziwna, pokręcona i ledwo zrozumiała wersja języka Wozaków. Jak?

Towarzysząca im służka najwyraźniej nic nie pojęła, ale i tak wyglądała na zaniepokojoną.

— Kapłan prosi, żebyśmy zaprowadziły ich do Wybranej, panienki — powtórzyła z niepewną miną. — Reszty nie zrozumiałam, ale ja… ja…

— Co takiego, Essavito? — Kailean nie patrzyła na blondynkę, tylko na obcych. Czterech zbrojnych na nie trzy, żaden kłopot. A kapłani? Może mają jakieś noże ukryte w szatach, może nie. Sprawdzi się, jak już ich zabiją.

Berdeth, z którym się połączyła, prężył się w jej wnętrzu i warczał. Ogarnęły ją psie instynkty i psia lojalność. Nikt, do cholery, nikt nie będzie stał przed nią z fałszywym uśmieszkiem na gębie, wydając polecenie zamordowania jej przyjaciółek, towarzyszek ze stada.

— No bo ja się trochę boję, panienko Kailean. — Służąca udowodniła, że ma doskonały szósty zmysł. — Ja bym do nich nie podchodziła. Jak przyjdziemy do Wybranej, to się kogoś wyśle tu po nich.

Stały przez kilka długich chwil, a deszcz powoli przemaczał im ubrania. Na pewno nie miały zamiaru podchodzić.

Mężczyznom najwyraźniej nie spodobał się brak odpowiedzi, bo kapłan półgłosem wydał kilka poleceń i czterech zbrojnych ruszyło w ich stronę.

— Sądzisz, że oni pozwolą nam odejść? — Daghena wskazała przed siebie, uśmiechając się złowrogo. Jej dłoń spoczęła na szabli.

Na ogorzałych twarzach strażników wykwitły pogardliwe grymasy i sami sięgnęli po broń.

Lea wydała krótki, przeszywający okrzyk bitewny i jej łuk zaśpiewał. Raz, dwa, trzy. Takie strzały z odległości ledwo kilkunastu kroków powinny powalić trzech z tych mężczyzn. Ale nie w deszczu i nie z lotkami posklejanymi wodą. Pierwsza trafiła najbliższego z napastników w szyję tuż nad kołnierzem pancerza – upadł, od razu łapiąc się za gardło. Ale dwie pozostałe uderzyły w stalowe puklerze jego towarzyszy, ześlizgnęły się z nich i przepadły w deszczu. Lea zaklęła i rzuciła się w tył, sięgając do kołczana.

Kailean skoczyła na najbliższego z zabójców jednym nieprawdopodobnie długim susem, napędzana furią Berdetha. W locie wyciągnęła szablę i uderzyła. Prawa strona, lewa, prawa, lewa – szybko, na krzyż, szukając luki w obronie mężczyzny. Dwa ciosy przyjął na szablę, dwa na puklerz, cofnął się pół kroku, skontrował podstępnym dolnym cięciem. Odskoczyła. Jej szabla była dłuższa, za to zasięg jego ramion większy. Ona była szybsza, on lepiej opancerzony, mógł pozwolić sobie na błąd, przyjęcie ciosu na korpus, brygantyna dawała mu przewagę.

Znów brzęknęła cięciwa, ktoś zakrzyczał wściekle, wyrzucając z siebie potok przekleństw. Jednocześnie coś zaskwierczało i rozległ się smród przypalonych włosów, Daghena najwyraźniej zaczynała szaleć. Napastnik, z którym walczyła Kailean, nie czekał, rzucił się na nią, tnąc szybko, z łokcia, ale z mocą, którą poczuła w całym ramieniu. Silny był. Silniejszy, niż sądziła. Skontrowała błyskawicznie, skróciła dystans i uderzyła jednym z tych podstępnych sztychów, których nauczyła się od issarskich strażniczek. W dół, prosto w but. Przyszpiliła mu nogę do ziemi, a odskakując, przekręciła ostrze.

Był silniejszy i lepiej opancerzony, ale ona była szybsza.

Zawył, cofając odruchowo zranioną stopę i niezdarnie zasłaniając się tarczą. Dopadła go w pół tego ruchu, uderzyła całym ciałem w puklerz, obaliła na ziemię.

Nim zdążył osłonić szyję, przecięła mu tchawicę.

Odwróciła się w chwili, gdy rozległ się świst i głęboki, żałosny jęk. Zaraz potem usłyszała odgłos upadającego ciała. Kolejny bandzior leżał na kamykach, trzymając się za rozrąbane udo. Strumień jasnoczerwonej krwi tryskał mu spomiędzy palców, twarz pokrywała się szarością.

— Suka — wyszeptał w całkiem znośnym meekhu, patrząc z nienawiścią na Daghenę. — Suka…

Na więcej nie starczyło mu tchu.

Ostatni z wartowników cofał się w stronę drzwi, skulony, zwarty, trzymając puklerz przed sobą. Prawą stronę głowy miał pokrytą pęcherzami, oko zaczerwienione. Dłoń trzymająca szablę drżała.

Łuk zabrzęczał nagle kilka razy i strzały przemknęły obok mężczyzny. Tym razem Lea nie marnowała ich na opancerzonego przeciwnika, mierzyła w kapłanów. Kailean nie spuszczała wzroku z mężczyzny, lecz odgłos stłumionych krzyków i upadających ciał powiedział jej wszystko.

Kapłani odeszli do swego boga.

Wtedy strażnik zawył nagle, krótko, dziko.

I skoczył. Nie w stronę Lei, Dagheny czy Kailean. Rzucił się na najsłabszą z nich, zaplątaną w obfite spódnice i wspartą na wielkim berdyszu Essavitę. Dzieliło ich ledwo dwadzieścia kroków, a on zdawał się pokonywać każdym susem kilka z nich, napędzany strachem i nienawiścią. Chciał zabić choć jedną z dziewczyn. Którąkolwiek.

Lea sięgnęła do kołczanu po kolejną strzałę, Daghena spięła się, wyciągnęła w jego stronę rękę z kilkoma kościanymi paciorkami, Kailean runęła przed siebie, zdając sobie sprawę, że nie zdąży.

Służka pisnęła, zakręciła się w miejscu, upuściła broń, a szabla mężczyzny zaczęła zataczać łuk.

I wtedy Essavita zmieniła się w rozmazany kłąb rąk i nóg. W jej dłoniach pojawiły się noże i – na Laal – wiedziała, jak się nimi posługiwać. Zeszła z linii uderzenia, zakręciła się w miejscu i zasypała strażnika gradem ciosów. Szyja, udo, ramię, przedramię, pacha, udo, ramię, szyja… Jakby tuzin szermierzy przeszywał mężczyznę jednocześnie tuzinem ostrzy. Kailean mimo połączenia z Berdethem ledwo nadążała za tymi ruchami. Pałacowy wartownik zatoczył się, zacharczał mokro, upuścił szablę. Upadł.

A Kailean nie patrzyła na niego, tylko na służkę, bo jej umysł zalała fala nowych zapachów i niesiona przez nie wiedza.

Gdy się spociła, Essvita nie pachniała jak dziewczyna.

W ogóle nie jak dziewczyna.

Połączona z duchem psa dziewczyna zatrzymała się w pół ruchu i wyciągnęła klingę w stronę blondynki. Dag i Lea zamarły, zaskoczone, ale nic nie powiedziały.

— Kim jesteś, chłopcze? — zapytała.

— No właśnie — doleciało od drzwi. — Kim jesteś, chłopcze?

Deana d’Kllean stała w nich w towarzystwie issarskich strażniczek, kilku uzbrojonych po zęby służących i Vaminara Złotego z garścią słowiczych oficerów. Wszyscy, łącznie z Wybraną, trzymali w rękach broń.

— Znaleziono ciała dwóch zamordowanych służących — kontynuowała najcenniejsza kobieta w księstwie. — Nakazałam wszcząć ciche poszukiwania zabójców. Ale widzę, że dopadłyście ich przede mną. Szkoda. A ty, patrząc na to, co właśnie pokazałeś, masz ciekawą historię do opowiedzenia, prawda chłopcze?

Służka upuściła noże i padła na kolana.

— Meladioras z Trzeciego Dnia błaga o łaskę, Pani Płonąca Wiecznym Ogniem — powiedziała… powiedział głosem niskim i nadspodziewanie spokojnym. — Gniewne dzieci z Rodu Trzcin składają swoje życia w twoje dłonie.

Загрузка...