Rozdział 21
Mynhal Konwec popatrzył na stojącego przed nim mężczyznę, po czym poprawił pas z mieczem i strzepnął z rękawa kurtki niewidoczny pyłek.
— Wiem już, co zaszło w zamku Langre. Bunt. Na skutek waszej nieudolności i głupoty — powiedział spokojnie. — Wszyscy w promieniu trzydziestu mil już to wiedzą, a za trzy dni będzie o tym gadać cała prowincja.
Pierwsze grupki uciekinierów zauważono wczoraj w południe, gońcy z wieścią o nich natychmiast pognali zarówno do garnizonów Górskiej Straży, jak i do stolicy prowincji, Ramnes. Każda wioska i miasteczko, które zostało zaalarmowane, wysyłało posłańców do sąsiadów; w ten sposób za kilka dni wieść rozejdzie się na sto mil wokół. Jeśli włączą się w to gildie magów, to nawet szybciej.
Stali na dziedzińcu garnizonu, między koszarami a szpitalem. Mężczyzna, który przed chwilą przygalopował tu na spienionym koniu i ledwo zeskoczywszy na ziemię, zażądał wszczęcia pościgu, popatrzył na niego zdumiony.
— Może pan nie zrozumiał, pułkowniku, jestem Aags Sawelle, dowódca Sto Czterdziestej Drugiej Drużyny Specjalnego Przeznaczenia Wywiadu Wewnętrznego i natychmiast potrzebuję pana żołnierzy.
Pułkownik zmierzył go spojrzeniem z góry do dołu. No proszę, dowódca drużyny specjalnej. Czyli szczurzy zabójca. Musiał się jeszcze przedstawiać, jakby jego strój i broń nie krzyczały tego na milę.
— Gdy tylko doszły mnie wieści o ucieczce — Mynhal Konwec kontynuował jak gdyby nigdy nic — wysłałem kilka wzmocnionych patroli w okolice zamku. Mają rozkaz schwytać każdego zbiegłego skazańca.
Wieści były paskudne, ale nie wzbudziły wielkiej paniki. Pojawienie się dwustu czy trzystu uciekinierów w górach, gdzie od dwóch miesięcy szalały bandy, miejscowe i przybyłe ze wschodu, nie zmieniało specjalnie sytuacji. Przede wszystkim ludzie ci uciekli ze specjalnego więzienia Szczurzej Nory, czyli stanowili grupę skazańców z różnych prowincji Imperium, czasem nawet odległych o kilkaset mil od Wielkiego Grzbietu, nie znali więc terenu, nie wiedzieli, jak się poruszać w górach. Pułkownik zakładał, że część nie przeżyje nawet kilku pierwszych, wciąż zimnych nocy. Nie mieli też wśród miejscowych krewniaków, a nagrody za schwytanie każdego z nich były spore, istniała więc szansa, że nawet bandyci przyłączą się do polowania. Problem powinien rozwiązać się sam w ciągu najbliższych dziesięciu, może piętnastu dni.
— Niestety, niewiele więcej mogę zrobić.
Sawelle, szpakowaty, szczupły i w jakiś arystokratyczny sposób sztywny, zesztywniał jeszcze bardziej.
— Tylko kilka patroli? To setki mil lasów i gór.
— Właśnie. — Pułkownik wskazał na pusty plac. — A ja mam tu, dowódco Sto którejś tam drużyny wywiadu, tylko połowę mojej własnej kompanii oraz dwustu chorych i rannych strażników w szpitalu. Reszta pułku wciąż jest w terenie.
Prowincja bardzo powoli dochodziła do siebie po tej paskudnej wiośnie.
Szary śnieg przestał padać, deszcze zmyły większość trującej brei do strumieni i rzek, które zabierały ją dalej. Były miejsca, głównie zagłębienia terenu, gdzie zapewne przez najbliższe lata nic nie wyrośnie, ale większość hal zazieleniła się już trawą, która nie truła zwierząt. Część oziminy wzrastała z dzikim uporem, sady zaczynały kwitnąć. Plotki o wyprowadzeniu Płonącego Drzewa ucichły. Górska Straż powoli opanowywała chaos, walki z bandami, ataki na kupców i mniejsze wioski stawały się rzadsze, w miarę jak praca na roli i przy wypasie wyciągała młodych z gór. Zbójowanie było romantyczną przygodą, dobrą do opowiadania przy kuflu piwa, ale w rzeczywistości oznaczało głód, chłód i poważne ryzyko, że oberwie się toporem przy próbie kradzieży kilku chudych kóz.
Żeby jednak proces uspokajania prowincji nie zastopował, Górska Straż musiała pokazywać się wszędzie, gdzie się dało. Imperium działa, rządzi i ma się dobrze, mówiła obecność żołnierzy w białych płaszczach na gościńcach, traktach, w wioskach i miasteczkach. Wszystko wraca do normy.
— Brakuje mi ludzi — podkreślił Mynhal Konwec. — Te kilka patroli to wszystko, co mam.
Sawelle zagryzł wargi. Być może siedząc w zamku, nie miał pełnego wglądu w sytuację prowincji i spodziewał się, że zastanie tu co najmniej połowę pułku w pełnej gotowości bojowej, a może po prostu nie przywykł do traktowania w tak lekceważący sposób. Szczury otaczał strach, szczurzy zabójcy budzili przerażenie. Postawa pułkownika musiała go irytować.
— Tu nie chodzi o zwykłych zbiegów, ale o oddział Górskiej Straży. Szóstą Kompanię, którą pan schwytał i dostarczył do więzienia. To ona wszczęła bunt, zabiła niemal wszystkich dozorców i zamordowała komendanta Olteca.
Pułkownik spojrzał w oczy Szczura. Bardzo głęboko.
— Więc odbył się proces — rzucił.
— Proces? Jaki proces?
— Ten, w czasie którego udowodniono żołnierzom kompanii winę, po czym skazano ich na pobyt w zamku Langre, by mogli odkupić pracą swoje zbrodnie.
— To nie ma nic do rzeczy, pułkowniku.
— Naprawdę? Mam uwierzyć, że oddział Górskiej Straży, przebywający pod opieką Remonema Olteca, tak sam z siebie wpadł w szał i podniósł bunt? Bez powodu? Z nudów? Bo ktoś kaszę przesolił?
Sawelle zacisnął wargi, wyprostował się jak na paradzie.
— To nie ma znaczenia, pułkowniku. Nad dowódcą Szóstej Kompanii i jego podoficerami wciąż wisi podejrzenie zdrady. Uciekając, udowodnili tylko, że te podejrzenia mogą być słuszne. Ma pan obowiązek schwytać ich ponownie i przekazać Wywiadowi Wewnętrznemu. Odmawia pan współpracy?
Mynhal Konwec nabrał pewności, że Szczur naprawdę ma szlacheckie pochodzenie. I to z wysokiej szlachty. Tylko tam od dziecka uczą ludzi używać tego specjalnego tonu, jakby każde słowo, nie, każda sylaba była jedwabną nicią, splatającą się w bat. Albo garotę.
— Nie — odpowiedział spokojnie. — Zaraz wyślę w pościg wszystkich, którzy dadzą radę chodzić. Wezmą też psy. Specjalnie szkolone do szukania zbiegów. Zrobimy wszystko, by ująć tych ludzi, nim opuszczą prowincję.
* * *
Wędrowali na północ. Długo dyskutowali nad kierunkiem, najszybszą trasą wydawała się woda, kanałem do rzeki i dalej na zachód. Ale Sersia była lokalną rzeką, która po mniej więcej osiemdziesięciu milach wpadała do jeziora Omro i tam kończyła bieg. A nad jeziorem leżał Ramnes, stolica prowincji i jej centrum administracyjno-handlowe. Banda uciekinierów z więzienia nie miała tam czego szukać.
Lepiej już było powędrować w stronę Wielkiego Grzbietu i iść wzdłuż niego na zachód. Zdobyli zapasy żywności na co najmniej kilka dni, każdy żołnierz szedł obładowany dwudziestoma funtami sucharów, suszonego mięsa, połciami wędzonek i pętami kiełbas. Co jak co, ale wartownicy w więzieniu jadali dużo i tłusto. Jego ludzie też sobie teraz nie odmawiali, żując w marszu kawałki boczku, na zmianę z wiórami suszonej wołowiny.
W ciągu trzech dni przebyli jakieś trzydzieści mil. Połowę tego, co mogliby zrobić jeszcze miesiąc temu. Byli zbyt osłabieni głodem, mieli rannych i nie za dobrze znali tutejsze góry. Ale parli naprzód.
Jeśli Kenneth dobrze obliczył czas, Dziewiętnasty od dwóch dni wiedział już, co zaszło. Jeżeli nie zaalarmowało ich nagłe pojawienie się setek uciekinierów z więzienia, to z pewnością zrobiła to drużyna szczurzych zabójców. Zatruty śnieg przestał padać, sytuacja w prowincji wciąż była zła i Górska Straż miała roboty po pachy, a mimo to porucznik nie wątpił, że bunt i ucieczka z więzienia Szczurzej Nory znajdzie się na pierwszym miejscu zadań pułku.
Wędrowali, póki się dało, a potem rozbijali obóz w jakimś ustronnym miejscu, bez ognia, w absolutnej ciemności, bo księżyc był w nowiu. Podrywali się, ledwo niebo zaczynało jaśnieć i truchtali naprzód. I tak przez trzy dni.
I wtedy doszedł ich pościg z psami. Dziwne, ale usłyszeli je z daleka, bo poszczekiwały jak grupka rozbestwionych szczeniąt, więc to nie były myśliwskie ogary ani przyuczone do tropienia w ciszy zwierzęta Górskiej Straży, niemniej psy to psy, wróg każdego uciekiniera. Przechodzili właśnie przez potok. Struga wiła się przez las własną, szeroką na pięćdziesiąt kroków przesieką, kompania przebyła ją i zatrzymała na skraju drzew, przypadła do ziemi i znikła w poszyciu. Kusze napięto, miecze i topory znalazły się w rękach. Czekali, zawzięci w gniewie, zdecydowani, aby nie pozwolić się znowu pojmać i rozbroić.
Ludzie nie mogliby ich wykryć nawet z dziesięciu kroków. Psy wyczuwały na milę. Będą musieli je pozabijać.
Wyłoniły się spomiędzy świerków na drugim brzegu strumienia. Kenwa, Szary, Byss i reszta. Szarpały dziko smycze, niemal siłą wyciągając spomiędzy drzew kilkunastu żołnierzy w płaszczach z naszytą jedynką i dziewiętnastką. Osobista kompania pułkownika Mynhala Konweca.
Dowodzący nimi oficer w płaszczu lamowanym porucznikowską czerwienią zatrzymał oddział, zmierzył wzrokiem przeciwległy brzeg i śmiertelnie cichy las za nim, popatrzył na psy. Wykonał krótki gest lewą dłonią.
Smycze wysunęły się z rąk żołnierzy i kilkanaście zwierząt pomknęło przed siebie, rozpryskując wodę w strumieniu, po czym znikło między drzewami. Powietrze wypełniło pełne szczęścia skomlenie.
Jeden z żołnierzy stanął przed dowódcą pościgu i zameldował głośno.
— Psy uciekły, panie poruczniku!
— Widzę.
— Trzeba będzie wrócić po nowe, panie poruczniku!
Oficer popatrzył na ścianę drzew, zza której dochodziły odgłosy dzikiej psiej radości. Uśmiechnął się.
— Masz rację, Derf. Bez nowych nikogo nie wytropimy. Dobra, nie ma wyjścia. Zawracamy.
Żołnierze z Dziewiętnastego zawinęli płaszczami i znikli wśród drzew.
Kenneth patrzył na tę scenę, mrugając w zdumieniu.
Górska Straż. Popieprzone sukinsyny.
Wokół niego psy zamieniły się w nieokiełznaną siłę natury. Skakały na żołnierzy, przewracały ich, lizały po twarzach, waliły ogonami. Ktoś zaczął się śmiać, ktoś inny leżał na ziemi przygnieciony kudłatą bestią, Bergh klęczał, obejmując szyje dwóch potężnych zwierząt i otwarcie płakał.
Velergorf podszedł do Kennetha, wysmarkał się głośno, przetarł oczy.
— Robimy postój, panie poruczniku?
— Tak. Kwadrans. Albo lepiej dwa. Potem niech Bergh przydzieli psy kilku ludziom, pójdą przodem i po bokach. I co najmniej dwa z tyłu.
Kompania odzyskała zwierzęta, znów mieli uszy, które mogły usłyszeć wroga na milę i nosy, potrafiące go wywęszyć z dwóch. Ich szanse raptownie wzrosły.
Mogli mieć nadzieję, że wrócą do domu.
* * *
Przez kolejne dni szli w stronę podnóża Wielkiego Grzbietu. Nie chcieli go przechodzić, kilkumilowe kamienne giganty, cały rok okryte śniegiem i lodem, nie zachęcały do wędrówki. U ich stóp było niewiele ludzkich osad, prędzej można było spotkać grupki myśliwych, cały rok polujące na śnieżne lisy i rysie, niż pasterzy. Nadal poruszali się trochę na ślepo, czasem wpadając na pułapki, które góry zastawiały na obcych. Nieprzebyte jary, bezdenne wąwozy, skalne ściany wznoszące się niemal pionowo. To nie był ich teren, zdarzało się, że musieli zawracać, niekiedy tracili kilka godzin na szukanie drogi. Mimo wszystko szli naprzód. Trzeciego dnia znaleźli wodopój i upolowali przy nim dwa koziorożce, mięsa wystarczyło dla ludzi i psów.
Potem odbili na zachód.
Kenneth obserwował kompanię i widział, jak jego ludzie się zmieniają. Szczerze mówiąc, nie wiedział nawet, czy nadal może ich nazywać swoimi ludźmi, w miarę jak oddalali się od kamieniołomu, coś się w nich zmieniało. Do tej pory mieli zadanie, cel, który wskazał im jako dowódca, misję do wykonania, napędzał ich gniew, poczucie krzywdy i chęć wyrównania rachunków. Ale teraz docierało do nich, że nie są już żołnierzami Górskiej Straży, że nie stoi za nimi siła armii, że stopnie wojskowe, rozkazy, salutowanie i cała ta otoczka, która usztywniała kurs, jaki przyjęli w życiu, znikła. Teraz byli bandą zbiegów, dezerterów i zabójców imperialnych urzędników. W hierarchii prawnej Meekhanu znaleźli się niżej niż zbóje okradający biedaków na gościńcu.
Widział, jak na popasach zbierają się w grupki, rozmawiają, dyskutują zawzięcie. Milkli, gdy tylko się zbliżał, pozdrawiali go enigmatycznie i rozchodzili się.
Nie mógł dłużej czekać, tchórzostwem byłoby odwlekanie tego, co musiało być powiedziane.
Drugiego dnia wędrówki na zachód ogłosił postój godzinę wcześniej niż zwykle i kazał wszystkim zebrać się.
— Zbiórka! — Varhenn Velergorf i inni dziesiętnicy ustawili żołnierzy w kręgu, uciszyli szepty.
Kenneth stanął pośrodku.
— Nie będę długo gadał, bo szkoda mojego języka i waszych uszu. Wiecie, co się stało. Oskarżyli nas o coś, czego nie zrobiliśmy, rozbroili i zamknęli w więzieniu. Potem zapomnieli. Zrobiliśmy, co trzeba było, żeby odpłacić za naszą krzywdę i za tych dobrych górali, których zabili. Bo ani oni, ani my nie zasłużyliśmy na taki los.
Zgromadzeni w kręgu mężczyźni pokiwali głowami.
— Tak czasem jest, trzeba zrobić coś, co musi być zrobione, bo inaczej człowiek innym, a przede wszystkim sobie w oczy nie spojrzy. Ale potem trzeba za to dać fant. I tylko kutas ostatni albo kozi wrzód płacze i szlocha, jak przychodzi płacić.
Zrobił przerwę, powiódł wzrokiem po ich ponurych, twardych gębach.
— Nie jesteśmy już kompanią Górskiej Straży. Szósta Kompania nie istnieje, a ja nie jestem już jej porucznikiem.
Zdjął płaszcz z ramion i sięgnął po nóż. Nici przyszywające czerwoną lamówkę poddały się łatwo, szarpnął i zaczął odpruwać resztę. Szybkimi, gniewnymi ruchami. Gdy skończył, rzucił kłębek szkarłatu na ziemię.
— To też nie należy do mnie. — Wskazując na odznakę, szczerzący kły łeb wessyrskiego owczarka złapał ją i jednym ruchem oderwał, zostawiając dziurę w materiale. — Wolę ją sam zdjąć, niż żeby jakiś dupek miał to zrobić za mnie. To cena, jaką płacę za pomszczenie Wytro, Boleha, Osęka, Emnesa i Fynda. I nie będę się targował.
Włożył odznakę do skórzanego worka.
— Znajdę jakieś dobre miejsce i zakopię ją tam. Spocznie w górach, gdzie jej miejsce. Żeby ci, którzy nosili ją przede mną, nie poczuli się skrzywdzeni.
Żołnierze stali, jakby ktoś zamienił im kości w ołów. Niby wiedzieli, niby się pogodzili z tym, że nie należą już do Straży, ale niektórzy z nich nosili ten symbol przez ponad pół życia.
Velergorf ostrożnie odpiął swoją odznakę i delikatnym ruchem włożył do worka. Po czym zaczął odpruwać brązowe obszycie własnego płaszcza.
— A to? — Wskazał na dwie wyszyte szkarłatną nicią szóstki.
— To nie należy do Straży, tylko do nas, Varhenn. Jest nasze i zawsze było. Nikt nam tego nie dał i nikt nie odbierze.
Te słowa przełamały stupor. Niektórzy zrywali odznaki szybko, brutalnie, jak bandaż przyschnięty do rany, inni odpinali z pietyzmem, celebrując każdy ruch. Kilku pocałowało je przed wrzuceniem do worka. Wielu pospuszczało głowy, kryjąc twarze.
Kenneth nie pospieszał nikogo, pozwolił na każdy gest i każdą łzę.
— Szósta Kompania Szóstego Pułku Górskiej Straży od teraz nie istnieje — powiedział, gdy ostatnia odznaka trafiła do worka. Zawiązał go i zarzucił na plecy; zaciążył mu bardziej, niż przypuszczał. — Ja… nie jestem już waszym dowódcą. Ale powiem, co zamierzam zrobić. Wracam do domu. Odwiedzę rodzinę. Nowe Rewendath to duża prowincja, kawał gór. Nawet ktoś z moim rudym łbem zdoła się tam ukryć. Kto chce, niech idzie ze mną.
Odwrócił się i ruszył na zachód. Reszta bez wahania poszła za nim.