Rozdział 9
Zaprosiła ich do rotundy cichym, spokojnym głosem. Meekhem, zwykłym i prostym, z akcentem takim samym, jaki mieli żołnierze Górskiej Straży. Altsin nie był zaskoczony. Po Objęciu sam pochłaniał języki jak sucha bibuła atrament. Nocna Perła z pewnością obserwowała oddział, który trafił na jej pokład, i uczyła się. Zdecydowanie podobał mu się jej głos. Młody, czysty, dziewczęcy.
W pół kroku uderzyła go myśl, gwałtowna i cyniczna – to nie dziewczyna, słaba i bezbronna. To licząca sobie ponad trzy i pół tysiąclecia bogini-statek, której doświadczenie i wiedza przerastają takiego miejskiego złodziejaszka jak on o kilka poziomów. W czasach Wojen Bogów flota takich okrętów dominowała nad morzami i trzeba było połączonych sił całego panteonu, żeby odeprzeć ich od brzegów. Przy czym nie pobito ich doszczętnie ani nie zmuszono do bezwarunkowej kapitulacji. Zawarto honorowy – jak na tamte czasy – rozejm, po którym Nieśmiertelna Flota wycofała się z walki.
A Nocna Perła dowodziła nawet przez pewien czas tą flotą i gdyby miała na pokładzie własną załogę, wspierającą ją modlitwami w kiełznaniu Mocy, pełzałby przed nią na kolanach.
Przez chwilę walczył z gniewem na sposób, w jaki otrzymywał takie informacje. Bitewna Pięść pozwolił mu się Objąć, ale w zamian obdarował wiedzą skażoną cynizmem kogoś, kto przez ponad stulecie walczył w największej rzezi w historii świata. I to wiedzą, która uderzała w niego nagle, bez ostrzeżenia, gwałtownie jak grot włóczni przeszywający ciało.
Wyszczerzył się grymasem między uśmiechem a wyzwaniem. Jestem Altsin Awendeh, może nie ten sam co przed kilku laty, ale wystarczająco podobny, by się wkurzyć, gdy jakiś półboski kutasina wrzuca mi swoje gówno do głowy.
Pomogło.
W rotundzie znów były drzwi. Gdy weszli do środka, ściany lekko rozjarzyły się w kilku miejscach, przeganiając cienie i ukazując szczegóły wnętrza. Niewiele się zmieniło. Rzeźba dziewczyny wciąż tanecznym krokiem próbowała zejść z podestu, dwie setki ciał nadal leżały wokół niej.
Znikła tylko dziura skrywająca zwłoki dziewczynki, choć ślad po niej był wyraźny.
Altsin spojrzał na podłogę, gdzie drewno spazmatycznie zaciskało w miejscu wyrąbanego toporem otworu czarne słoje. Podszedł, przykląkł, usłyszał dźwięk, jakby Nocna Perła nabierała powietrza.
— Przepraszam. Nie powinienem był tego robić.
Cisza. A potem szept.
— Tylko tyle. Żadnego usprawiedliwiania się? Wyjaśnień?
Wzruszył ramionami, mając nadzieję, że ona to widzi.
— Miałem mentora, przywódcę gildii złodziei, a potem wszystkich szumowin w moim mieście, który mówił, że usprawiedliwienia to szukanie sposobu na podzielenie się winą. Z innymi ludźmi, z okolicznościami, z bogami, i tak dalej. Wolę przeprosić wprost.
Milczała dłuższą chwilę.
Po czym coś jakby westchnienie dobiegło ze ścian.
— Dobrze. Przyjmuję przeprosiny.
Przez chwilę Altsin myślał, że jeszcze coś doda na ten temat, lecz zamiast tego zapytała:
— Kim jesteś?
— Nie rozumiem.
Rozumiał, ale nie widział powodu, by podawać jej wszystkie informacje na tacy. Poza tym pytania, które Nocna Perła zada, mogły zdradzić, ile sama wie, jaką dysponuje mocą, dlaczego pojawiła się właśnie tu i teraz, dosłownie tuż przed tym, jak przebito zasłonę Mroku i świat się zatrząsł. Uśmiechnął się w duchu, to znów były myśli bardziej należące do Bitewnej Pięści, jego doświadczenie, spryt, wyrachowanie. Ale takie podpowiedzi mu nie przeszkadzały.
— Czułam moc, gdy włamywałeś się tu poprzednio. Potężną. Jesteś awenderi? Nie sądziłam, że wasi Nieśmiertelni wciąż będą chodzić po świecie w tej postaci. Nadal trwa wojna?
Musiał sobie przypomnieć, że część Nieśmiertelnej Floty odpłynęła, szukając szansy na spokojne życie, zanim Baelta’Mathran pojawiła się i położyła kres walkom.
— Wojna zakończyła się trzy i pół tysiąca lat temu. I od trzech i pół tysiąca lat żaden bóg nie wybrał swoich awenderi, by pojawić się wśród ludzi.
Milczała. Długo, bardzo długo. Wreszcie ściany zaszeptały:
— Dlaczego?
Zawahał się. Gdyby chciał opowiedzieć jej o cenie, jaką bogowie musieli zapłacić za wypełnianie fragmentami swych dusz ciał wybrańców, zajęłoby to większość dnia.
— To długa historia. Na wiele godzin gadania. Może później będę cię zanudzał?
Drzwi do rotundy zatrzasnęły się z hukiem.
— Może teraz. Mówisz, że nie jesteś awenderi, ale pulsująca w tobie obecność jarzy się czystą Mocą. Widziałam już taką, gdy rozmawialiśmy z waszymi bogami o pokoju, i nie pomylę jej z niczym innym.
Altsin poczuł, jak coś w jego wnętrzu przeciąga się i pokazuje zęby. Jakby wielka dzika bestia leniwie ziewała, ale tak, by wszyscy widzieli, jakie ma kły.
Stłumił to uczucie. Zepchnął je w głąb.
— Opowiem to pokrótce. Po zakończeniu wojen nie wszyscy Nieśmiertelni powrócili do swojej pierwotnej formy. Bóg oceanów i mórz rozpadł się na dwie osoby, Laal straciła bezpowrotnie co najmniej jedną swoją część, Galleg też, Reagwyr… No cóż, jeden z jego awenderi został zabity przez własnych wyznawców, tak że obecny w nim fragment duszy Pana Bitew przepadł. Inny oszalał i usamodzielnił się do tego stopnia, że Reagwyr nawet nie spróbował się z nim zjednoczyć. Wygnano tego awenderi poza świat, zapewne licząc, że tam przepadnie, ale wrócił. Przypadkiem, przez furtkę, o której wszyscy zapomnieli. Tę furtkę nieświadomie otworzyłem mu ja.
Zapadła cisza. Gdy Nocna Perła wreszcie przemówiła, ściany komnaty zdawały się drżeć z tłumionego napięcia.
— Który to był awenderi?
— Bitewna Pięść.
Altsin odniósł wrażenie, że gdyby bogini-statek miała ludzkie ciało, zagryzałaby wargi.
— Gdy prowadziliśmy rozmowy o rozejmie — powiedziała po dłuższej chwili prawie szeptem — nikt z Nieśmiertelnej Floty nie chciał się zgodzić, żeby on wszedł na jego pokład. Nawet najpotężniejsi z nas obawiali się Bitewnej Pięści. A teraz stoi w moim sercu?
— Nie. Już nie. Ja… chłopak, który był mną, okazał się zbyt upartym sukinsynem. Wolał umrzeć, niż się podporządkować. A Bitewna Pięść był zmęczony. I zdesperowany… i chyba stracił nadzieję. Więc pozwolił się Objąć ulicznemu złodziejowi. I jak to mówią w Ponkee–Laa, pływam w dole z gównem, udając, że biorę kąpiel w leczniczych źródłach.
Nocna Perła milczała przez chwilę, a potem odezwała się nagle jakimś językiem, którego Altsin jeszcze nie słyszał. Borehed aż się szarpnął, zacisnął pięści, wykonał krótki gest i nagle Moc wokół niego skrzepła, otulając krępą postać szarą mgiełką. Bogini powtórzyła słowa, tym razem z wyraźnym pytaniem na końcu. Szaman spojrzał na złodzieja, wykrzywił się dziwnie, zamlaskał i wreszcie odpowiedział. Krótko, szybko, dobitnie. Moc, którą uwolnił, wsiąkła w jego ciało. Przez kolejnych kilka chwil wymieniali szybkie zdania, wciąż w tym samym dziwnym języku, niepodobnym do żadnego aherskiego dialektu.
Altsin uznał, że nie ma sensu dopytywać o szczegóły. Jeśli Nocna Perła albo Borehed będą chcieli mu je zdradzić, sami powiedzą. Jeśli nie, a on będzie nalegał, poczęstują go kłamstwami. Czekał.
Wreszcie zamilkli. Borehed wyglądał na rozgniewanego, a w każdym razie sposób, w jaki marszczył brwi i zaciskał usta, wyglądał na wściekłość. Nocna Perła… no cóż, nadal wyglądała jak statek.
— To był zamhuf alewas — odezwała się wreszcie. — Mowa Ciszy, tak dokładnie tłumaczy się ten termin. Święty język aherskich szamanów, słowa magii i przysiąg. To w tym języku szamani rzucają wyzwanie duchom, z którymi tańczą, by je okiełznać.
— Nic mi to nie mówi.
— Zapytaj Boreheda o szczegóły. Mowa Ciszy ma jedną zaletę, szaman nie może w niej skłamać. Jeśli to zrobi, duchy spętane w jego ciele uznają to za złamanie umowy, uwolnią się i rozerwą go na strzępy.
Milczała przez chwilę, a on wręcz czuł, jak mu się przygląda. Wreszcie podjęła lekkim tonem:
— Borehed mówi, że wiedział, iż nosisz w sobie potęgę, ale nie miał pojęcia jaką. Jego lud wciąż przekazuje sobie w pieśniach historie o Łupaczu Gnatów, który przeszedł przez północ kontynentu, miażdżąc każdy opór, jaki napotkał, i wysysając szpik z kości powalonych wrogów. Powiedział też, że to tylko stare opowieści, a ty wydajesz się raczej młodym głupcem niż awenderi szalonego boga.
— Doprawdy?
— Owszem. Ja też cię obserwowałam przez ostatnie dni. I to prawda, że nie przypominasz żadnego z awenderi waszych bogów. Brakuje ci wielu rzeczy: bezmyślnej arogancji, lekceważenia dla bólu śmiertelnych, pogardy dla ich cierpienia. Wydajesz się szczerze przejęty tym, że aherowie wokół ciebie głodują i umierają. Możliwe więc, że mówisz prawdę. Jesteś śmiertelnikiem, który Objął boga. A to zmieniło was obu.
Altsin powstrzymał się od demonstracyjnego wzruszenia ramionami. Jakoś tak było, że gdy wymieniał imię Bitewnej Pięści, niektórzy mieli problem z tym, żeby uwierzyć, że nie jest obłąkanym rzeźnikiem. Zwłaszcza ci, którzy znali historię świata nieco dokładniej.
Przeniósł wzrok na Boreheda. Szaman nadal wyglądał, jakby się wewnętrznie gotował.
— Dlaczego jesteś tak wściekły?
Zamiast odpowiedzi usłyszał dzikie warknięcie.
— Nie podoba mu się sposób, w jaki poznałam Mowę Ciszy — wyjaśniła Nocna Perła.
— Czyli?
— Nauczył jej mnie ten, który umarł. Jeden z szamanów, którzy weszli na mój pokład, nie miał już sił ani woli, by żyć. Nazywał się Chodzący w Chmurach i był ostatnim ze swojego rodu. Patrzył na śmierć wszystkich krewnych, na kobiety tulące do wyschłych piersi umierające noworodki i mężczyzn wychodzących po raz ostatni na łowy w miejsca, gdzie nie było zwierzyny. Przyszedł tutaj tylko po to, by przyprowadzić resztkę plemienia, przekazać obowiązki młodszym i umrzeć. Wtedy jego dusza przeszła przez moją i zostawiła ślad. Lęk, niepewność, rozpacz i bezsilność wielką niczym ocean. Lecz także nadzieję, że inni dostaną swoją szansę. Oraz wiedzę o językach, obyczajach, wierzeniach, o tym, jak jego lud patrzy na świat.
Powiedziała to w dziwny sposób, miękko, z namysłem i Altsin w mgnieniu oka zrozumiał, że w tej krótkiej opowieści kryje się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Bogini-statek przyjęła na swój pokład obcy jej lud. Nie znała ich, nie wiedziała, jak myślą, co czują, czy uda im się zbudować harmonijną wspólnotę. Czy chce mieć takich wyznawców, modlących się i wspierających ją każdego dnia? A umierający szaman otworzył się przed nią i obdarował wiedzą, którą normalnie musiałaby zdobywać latami. Ostatni dar dla własnych współplemieńców – pozwolić ledwo poznanej przepotężnej istocie przejrzeć na wylot własną duszę w nadziei, że zbliży ją to do nich.
I zrozumiał też, że Nocna Perła nie kierowała tych słów do niego. Mówiła do Boreheda, bo najpotężniejszy szaman aherów musiał zrozumieć, że jego współplemieńców czekają zmiany.
— I jak jego lud patrzy na świat?
— Harmonijnie. Nie zabijają, gdy nie muszą, nie nakładają sobie na talerz porcji większej, niż mogą zjeść. Oddają tyle, ile wzięli. Przypominają mój lud, gdy żyliśmy jeszcze w pokoju.
Cicha, cyniczna myśl, że nawet bogowie idealizują minione czasy, przemknęła mu przez głowę i zgasła.
— Co zrobiłaś z duszą Chodzącego w Chmurach?
Altsin zadał to pytanie bardziej ze względu na Boreheda niż z własnej ciekawości, bo ten nadal wydawał się gotować z gniewu.
— Odesłałam ją. Prosił, bym pozwoliła mu dołączyć do Wiecznego Kręgu, by mógł odrodzić się jako foka i nakarmić w przyszłości swoim ciałem głodne dzieci. Był… — Nocna Perła zawahała się lekko — szlachetną osobą.
Złodziej zerknął na szamana wspierającego się na lasce. Borehed rozluźnił się nieco, przestał wreszcie wyglądać jak worek rzemiennych węzłów uformowanych w mniej więcej aherski kształt. Altsin chrząknął lekko, przyciągając jego uwagę.
— Tak to może od tej pory wyglądać — powiedział cicho.
Szaman rzucił mu spojrzenie spode łba.
— Co może jak wyglądać?
— Życie tych, którzy tu zostaną. Będziecie mieli własną boginię, wielką i potężną, ale jej wola stanie się nadrzędna nad wolą szamanów i plemiennych duchów. Będzie miała prawo wymagać od twoich ludzi modlitw, będzie mogła sięgać do wspomnień zmarłych, będzie mogła decydować, co zrobić z ich duszami. Tak wygląda poddanie się bóstwu. Wiedziałeś o tym od samego początku.
Borehed mruknął coś niewyraźnie. Oczywiście, że wiedział, ale wiedzieć a zobaczyć, jak ta dziwna bogini o ciele z czarnego drewna w jednej chwili posiada wiedzę obejmującą największe sekrety aherskich szamanów, to były dwie różne sprawy. Altsin mówił dalej:
— I to nie będzie łatwa sprawa. Gdy wreszcie znajdziecie wyspy pełne zwierzyny, gdy brzuchy się wypełnią, a ciała zaczną obrastać tłuszczem, część plemion, może nawet większość będzie chciała odejść. Wrócić na ziemie przodków. Na znane tereny łowieckie.
— Nikogo nie zatrzymam tu siłą — powiedziała miękko Nocna Perła.
— To oczywiste — kontynuował Altsin, nie odrywając wzroku od Boreheda. — Ale to wy, szamani, musicie przekonać ich do pozostania. Po pierwsze, by odpłacić się tej oto bogini za pomoc, po drugie, by choć część waszego ludu znalazła się poza ziemiami władanymi przez Anday’yę. Świat się odmienił. Mrok został podziurawiony. Gdy Pani Lodu znów wpadnie w histerię, a wpadnie, to na północ od gór na następne sto lat skończy się czas tłustych łowów.
Szaman parsknął gniewnie, ściskając laskę tak, że dało się słyszeć skrzypienie drewna.
— Wiem — warknął gardłowo. — Ale namówienie ich, by zmienili zwyczaje, może być trudniejsze, niż myślisz. Tutejsze plemiona żyją w inny sposób niż ludzie i bogowie, których ci sobie stworzyli. Wierzą, że gdy się rodzimy, dostajemy z Wielkiego Morza duszę, która w nas wzrasta jak ziarno. Gdy umieramy, zwracamy ją, a ona odradza się ponownie w innej formie. Dlatego czcimy duchy zwierząt, roślin, potoków i skał, bo to mogą być nasi przodkowie, albo sami możemy się nimi stać po śmierci. Takie jest Wielkie Morze i Wieczny Krąg. Nikt tak naprawdę nie umiera, tylko przechodzi z jednej postaci w drugą. Jak mamy kazać naszemu ludowi porzucić tę wiarę i zacząć czcić jedną istotę?
— Nie będziecie musieli, szamanie. Nie będziecie nawet musieli porzucać własnych zwyczajów i wiary przodków — powiedziała bogini łagodnym głosem. — Wielkie Morze… nawet nie wiesz, jak bardzo… ech… nieważne. Jeśli zdecydujecie się zostać, będę chciała waszych modłów, skupienia się na mnie i czci. Ale nie bezmyślnej i bałwochwalczej czci tępych fanatyków, tylko modlitwy z głębi serca. I nie będę rościła sobie władzy nad duszami zmarłych, mogą odejść do Wielkiego Morza. W zamian otoczę was opieką, uzdrowię chorych, nakarmię głodnych. A jeśli ktoś przyjdzie, by was skrzywdzić, będę o was walczyć z całych sił. To moja propozycja.
Borehed milczał, zmarszczywszy brwi. Nie był głupi. Układ zawarty między śmiertelnikami a istotą o mocy bóstwa nigdy nie był równorzędny. Prędzej czy później ci pierwsi tracili nawet możliwość wstania z kolan.
Ale jaki aherowie mieli wybór?
— Chorujemy i głodujemy w tej chwili — powiedział wreszcie. — Starcy i małe dzieci nadal umierają. Próbujesz wymienić ich życia w zamian za modły?
Altsin odniósł wrażenie, że czarne ściany zadrżały z oburzenia.
— Pół roku walczyłam przeciw furii Pani Lodu! Teraz płyniemy przez wody wymiecione z całego życia, zabierając na pokład każdego, kto szuka pomocy, a ty zarzucasz mi… Na Falę Światów, jestem statkiem Nieśmiertelnej Floty, a nie cudotwórczynią! Nie przejdę z formy wojennej w łowiecką w kilka dni! Nie wyczaruję wam jedzenia z powietrza ani nie złowię ryb, gdzie ich nie ma! Jak śmiesz…
— Omeno esun khawenuru — przerwał jej Borehed, uśmiechając się nagle i lekko skłaniając głowę. — Pod koniec wojen, w których brałaś udział, wielu wznosiło ten okrzyk, stając do walki przeciw własnym Nieśmiertelnym. Ludzie, ci stąd, i ci, którzy przybyli zza krawędzi świata, nawet nasi wojownicy. Oczywiście przegrali, zostali zmasakrowani, a ich zryw wymazano z pamięci następnych pokoleń. Przynajmniej u nich. — Wskazał na Altsina. — My pamiętamy. Ten okrzyk miał podwójne znaczenie, najczęściej jednak tłumaczono go jako „bogowie nie są wszechmocni”. Dlatego nie chcemy od ciebie cudu, tylko nadziei.
Altsin poczuł, jak ogarnia go fala rozbawienia. Złośliwego i skierowanego głównie do siebie samego. Oto on, szczeniak z miejskich ulic, stoi przed jednym z najpotężniejszych szamanów tego dziwnego, północnego ludu i tłumaczy mu, według jakich zasad będą musieli teraz żyć jego współplemieńcy. Tymczasem Borehed najpewniej na mgnienie oka nie stracił panowania nad sobą. Złodziej mógłby się teraz założyć, że nawet jego wzburzenie tym, że Nocna Perła odezwała się nagle świętą mową szamanów, było udawane. A potem? Potem poinformował ją, jaką wiarę wyznają aherowie, i uzyskał zapewnienie, że nie będzie próbowała jej zmieniać, a następnie zmusił boginię-statek do wyznania, że jej moc jest ograniczona, i to nawet bardzo. Na koniec zaś z szerokim uśmiechem rzucił jej w twarz: bogowie nie są wszechmocni.
Nie chciałbym cię spotkać w żadnej szulerni, sukinsynu, pomyślał z uznaniem. Przy żadnym stole, po którym toczą się kości albo przy którym rozdawane są karty.
Przez ściany rotundy przebiegł szelest, jakby bogini wypuściła długo wstrzymywany oddech. Po czym rozległo się pełne uznania chrząknięcie. Nocna Perła też potrafiła szybko myśleć.
— Imponujące. Jeśli wśród twojego ludu jest więcej takich jak ty, zapowiada się ciekawa podróż. Nadzieja… dobrze, dam wam nadzieję. Przekaż wszystkim, proszę, że cieszę się, że płyniemy razem. I że za kilka dni dotrzemy do wysp, na których są foki. Niewiele, ale niedaleko za tymi wyspami pływają wieloryby.
— Skąd wiesz?
— Słyszę je. Słyszę pieśni morskich wędrowców. Jak do nich podpłynę, dacie radę je upolować?
Uśmiech szamana stał się szerszy.
— Zobaczysz.