Rozdział 16
Oglala obudziło stanowcze szarpnięcie za ramię. Ecu Fammeh pochylał się nad nim, oświetlając wnętrze namiotu małą lampką i opryskując wodą z kaptura.
— Okkri, jesteś nam potrzebny.
— Cc-cco?
Uczony potrzebował kilku dłuższych chwil, żeby dojść do siebie. Zerknięcie na widoczny w wyjściu kawałek nieba uświadomiło mu, że wciąż jest noc. Późna, i do świtu nadal było daleko.
— Jesteś nam potrzebny — powtórzył młody uhuri, cierpliwie jak do dziecka. — Mówiłeś, że znasz meekh.
Znał.
Wielu uczonych w Bibliotece studiowało meekhański, a moda na niego rozwinęła się wraz z odkryciem, że jest to jeden z dwóch języków, jakim posługuje się Wybrana.
— Znam. O co chodzi?
— Jeniec. Wyjęliśmy mu knebel, bo tak jakby się dusił, i zaczął mówić. — Kanciasta twarz chłopaka wydawała się nadzwyczaj poważna, nawet jak na niego. — Ja… nie pamiętam wiele, ale zrozumiałem kilka słów… chyba zrozumiałem, i myślę, że to ważne.
Uczony zerknął na pozbawione wyrazu oblicze podoficera i powstrzymał się od komentarza. Bo o czym tu mówić? Wraz z przybyciem do Białego Konoweryn setek tysięcy niewolników z terenów Imperium meekhański stał się drugim najczęściej używanym językiem księstwa. Ale chłopców Wynoszonych przez Rody Wojny do godności żołnierzy najpierw pozbawiano ich tożsamości. Kazano im zapomnieć o rodzinie, dostawali nowe imiona, a za używanie mowy niewolników, czyli meekhu, w ahyrach przekłuwano im języki rozpalonymi gwoźdźmi.
Oglal podniósł się z posłania, prawie uderzając głową w twarz młodego Słowika.
— Dobrze, zaraz będę gotów, ale wyjdź, żebym mógł się ubrać.
Narzucił szybko bawełniany kaftan, wzuł buty i włożył skórzaną pelerynę.
Ecu bez słowa poprowadził go przez obóz, osłaniając dłonią migoczącą lampkę.
Padało.
Namiot, w którym trzymano jeńca, był większy niż ten przydzielony pisarzowi, co Oglal skonstatował z pewnym rozbawieniem. Wypełniały go skrzynki z zapasami, beczułki z rozcieńczonym winem, pledy i broń. Sam więzień klęczał na wilgotnej ziemi, ze stopami i dłońmi skrępowanymi z tyłu tak, że drewniany pal podtrzymujący płachtę znajdował się tuż za jego plecami. Ranę na głowie zszyto mu byle jak, grubymi szwami, ale posmarowano solidnie jakąś śmierdzącą ziołami maścią.
Pilnujący niewolnika wartownik wymachiwał niedbale pałką owiniętą rzemieniami.
Gdy Oglal i Ecu weszli do namiotu, zrobiło się ciasno.
— Idź budzić chłopaków z mojej drużyny. — Uhuri przejął pałkę od strażnika i wskazał mu wyjście. — Niech coś zjedzą i zaczną się szykować. Za godzinę wypływamy, chyba — zerknął na klęczącego mężczyznę — że coś się zmieni.
Schwytany niewolnik posłał wychodzącemu ponure spojrzenie, po czym zerknął na uczonego.
— Ten gnojek lubi używać kija. — Splunął na ziemię krwawą śliną. — Zwłaszcza jak nikt nie patrzy. Ale chyba zna trochę meekhański, bo jak go zwyzywałem od ostatnich kurwich pomiotów, to przestał się uśmiechać.
Jego meekh był twardy, chropowaty. Oglal nigdy nie zagłębiał się tak mocno w język Imperium, by po akcencie rozpoznać miejsce, skąd pochodził rozmówca.
— Skąd wiesz, że cię rozumiem?
Jeniec posłał mu uśmiech ukazujący garnitur zakrwawionych zębów. Wszystkich, z wyjątkiem dwóch górnych jedynek.
— Masz mnie za idiotę? Ten tu, gdy zorientował się, co mówię, zaczął nagle bełkotać „pociekać, pociekać” i poszedł po ciebie. Więc albo jesteś tłumaczem, albo jego wujaszkiem-kochasiem i zaraz dacie mi tu przedstawienie. No? To kim jesteś?
— Uczonym z Wielkiej Biblioteki.
— O… zaszczyconym. A jak się nazywasz?
— Oglal, Oglal Młodszy, syn Oglala z Fyz.
— Czemu mu się przedstawiasz? — wtrącił Ecu. — Zapytaj go lepiej, dlaczego nie mówi jak wszyscy.
— Dlaczego nie mówisz w suanari?
— Cóż za błyskotliwe pytanie. Mój właściciel nie pozwalał swoim niewolnikom uczyć się miejscowego języka. Uważał, że jego znajomość może ułatwić ucieczkę. Rozkazy wydawał nam za pośrednictwem kilku brudnych. A i jeszcze — uśmiech więźnia stał się na mgnienie oka karykaturalnie szeroki — na wszelki wypadek, żeby oznaczyć swoją własność, wybijał nam przednie zęby. Opowiedzieć ci, co robił tym, którzy próbowali uciekać i ich schwytano? Albo co my zrobiliśmy jemu w dzień odpłaty?
— Nie.
— Co powiedział?
Ecu Fammeh rzucił tym pytaniem, nie spuszczając wzroku z niewolnika. Pałkę trzymał luźno, spokojnie.
— Mówi, że jego pan zakazał im używania suanari. I powybijał swoim niewolnikom zęby, żeby ich oznaczyć.
— Skarży się?
Oglal spojrzał na związanego mężczyznę, na jego wygięte w sardonicznym uśmiechu, zakrwawione usta i złośliwy błysk w oczach.
— Nie sądzę.
Więzień zerknął na niego spode łba.
— O co ten gówniarz pyta?
— Czy się skarżysz na swojego pana.
— I co mu powiedziałeś?
— Że nie.
— Dość. — Uhuri machnął pałką, poirytowany. — Nie gadaj z nim bez mojego pozwolenia. Ja pytam, on odpowiada, ty tłumaczysz. Zapytaj go o to, co mówił wcześniej, to było coś o polowaniu i przynęcie.
Oglal przetłumaczył szybko, obserwując twarz więźnia i próbując zrozumieć, co mu się w niej nie podoba.
— Och, czyli jednak zrozumiał więcej, niż sądziłem. Patrzę na jego twarz i widzę meekhańską albo wessyrską krew, bo takie jasne oczy częściej trafiają się wśród górali. Ale powiedz mu, że to go nie ocali, nie traktujemy wychowanych w ahyrach jak własne dzieci. Każdemu, kogo tam zabrali, urządziliśmy już pogrzeb.
Bibliotekarz przetłumaczył i patrzył, jak pałka szturcha jeńca w splot słoneczny.
— Jak on nie zacznie odpowiadać — w głosie Ecu Fammeha pojawiła się groźba — to ja zacznę łamać mu kości. Pojedynczo.
— Nie… — wycedził więzień przez zaciśnięte z bólu zęby — nie musisz tłumaczyć. He, he. Ta pałka jest wystarczająco wymowna. Zapytaj go, czy wie, jak się łowi wuparaję?
Wuparaja, Gniew Tos, Wielka Czarna, Cień Głębi. Legendarna ryba żyjąca w największej rzece Białego Konoweryn, osiągająca ponad piętnaście stóp długości i potrafiąca, gdy zaplącze się w sieci, wciągnąć pod wodę łódź rybacką, z całą załogą. Jej mięso uchodziło za przysmak godny książęcego stołu, ale nawet tam trafiało niezmiernie rzadko. Pani Wdów – jeszcze jeden przydomek, nadany jej przez żony rybaków – nie dawała się łatwo złowić.
— Pyta, czy wiesz, jak się łowi Gniew Tos.
Oglal przetłumaczył pytanie, spodziewając się ciosu i trzasku pękających kości, ale Ecu Fammeh zaskoczył go powściągliwością.
— Nie wiem — rzucił krótko.
Więzień poruszył się lekko, przekrzywił głowę, jakby zamyślony, i zaczął:
— Najpierw musisz znaleźć miejsce, gdzie może żerować, jakąś płytką zatoczkę z dość równym dnem. Wrzucasz tam gliniany dzban, szeroki na co najmniej łokieć, z jej ulubionym żarciem, gnijącą krowią wątrobą, i czekasz. Wuparaja zrobi wszystko, żeby dobrać się do zawartości. A tylko ona ma szczęki na tyle szerokie i potężne, by złapać dzban w paszczę i go skruszyć. Jeśli rano wyciągniesz sznur i dzban jest cały, to znaczy, że szczęście ci nie dopisało. Ale jeśli sznur jest pusty… przypływasz wieczorem, rzucasz do wody kawałki zgniłej wątroby, owinięte sadłem, żeby pływały na powierzchni, i czekasz z harpunem w ręku. Wielka Czarna w końcu podpłynie do góry.
Niewolnik wyprostował się na tyle, na ile pozwalały mu więzy, i spojrzał na nich ze spokojem w oczach. Oglal tłumacząc półgłosem słowo w słowo, wiedział już, co mu od początku nie pasowało w tym mężczyźnie. On nie grał, jego aroganckie i butne zachowanie nie miało ukryć przerażenia. Ten mężczyzna się nie bał, bo najwyraźniej wszystko szło po jego myśli.
Skończył tłumaczyć i wtedy Ecu Fammeh zadał pytanie, które i uczonemu cisnęło się na usta.
— To ty jesteś przynętą? — przetłumaczył od razu.
— Kawałem śmierdzącej wątroby? Owszem.
— Ale dlaczego nam to mówisz?
Oczy więźnia uciekły w górę.
— Chodzi oczywiście o to, żeby dowódca był przez kilka minut zajęty — jego akcent zmienił się nagle, zmiękł.
Zanim Oglal skończył tłumaczyć, Ecu obrócił się na pięcie i runął do wyjścia.
Za późno.
Wycie z dziesiątków gardeł rozdarło powietrze, zagłuszając szum deszczu. I zaraz odpowiedziały mu dzikie okrzyki ruszających do walki „łobuzów”. Mniej liczne i jakieś bardziej samotne. Uczony potrafił wyobrazić sobie dlaczego – poza dwójką wartowników, żaden nie miał pancerza ani broni pod ręką, ledwo połowa z nich właśnie wstawała, szykowała śniadanie, reszta dopiero w tej chwili gramoliła się z posłań, plącząc się o płachty namiotów, na oślep sięgając po szable i włócznie.
A sądząc po odgłosach, napastników było wielu. Naprawdę wielu.
Szczęk broni wydawał się dziwnie przytłumiony i odległy.
Ale narastał.
— Nie wychodź. — Głos więźnia, wciąż mówiącego z tym dziwnym, miękkim akcentem zatrzymał Oglala w pół kroku do wyjścia. — To niebezpieczna chwila. Chwila, gdy nie bierzesz jeńców, tylko zabijasz wszystko, co się rusza. Jeszcze ich nie złamaliśmy, ten młody dowódca zdołał zebrać wokół siebie więcej niż połowę. Jeszcze się bronią. Ale już niedługo.
Tego było dla Oglala zbyt wiele. Ledwo kilka chwil temu spał w wydawałoby się bezpiecznym obozie, a teraz stał w namiocie i nasłuchiwał, jak resztki jego obrońców są wybijane.
— Jak? Skąd? — Tylko tyle zdołał wykrztusić.
— Nie rozumiesz wojny, którą przyszło wam prowadzić. — Mężczyzna zadarł głowę, prezentując okalającą mu szyję siną bliznę. — Ona wie, gdzie jest każde z jej dzieci. Wie, gdzie jest i co się z nim dzieje. A jeśli chce, może także patrzeć jego oczyma i mówić jego ustami. Dlatego gdy pragnie znaleźć jeden z tutejszych posterunków, wystarczy, że pozwoli wam schwytać jeńca. Sami wskazujecie, gdzie się przyczailiście.
— Ona?
— Och — więzień zaśmiał się nagle, błyskając szczerbatym uśmiechem — przejrzałeś mnie. Brawo. Okarysa będzie jutro bardzo bolała głowa, ale taka jest cena za ugoszczenie mnie we własnym umyśle.
— Krwawnica… — Oglal poczuł duszność, nogi się pod nim ugięły i klapnął na ziemię. — Ty…
— Tak, ja. Kiedyś mówili na mnie Koło, a wcześniej… jeszcze jakoś inaczej, nie pamiętam. Teraz mówią Krwawnica albo Zbawicielka, Mścicielka, Kruszycielka Łańcuchów, Nasza Pani od Łez. Choć przyznam ci się, że Krwawnicę lubię najbardziej. Jest taka krótka i dosadna.
Szczęk broni dochodzący z obozu rozpadł się na coraz rzadsze, pojedyncze dźwięki. Nad jęk stali zaczęły się wzbijać krzyki ludzi. Lecz po kilku ciągnących się jak wieczność chwilach wszystko ucichło.
— Złamaliśmy ich. Dziesięciu zabitych, ośmiu rannych, czterech wziętych do niewoli bez większych uszkodzeń.
Potrzebował kilku uderzeń serca, by zrozumieć, że mówi o obsadzie posterunku, o Ecu i reszcie młodych Słowików.
— Muszę przyznać, że walczyli lepiej niż w innych miejscach. Zazwyczaj, jak zabijamy piątą część, reszta rzuca broń i próbuje uciec albo błagać o życie. Cokolwiek by mówić, Ród Słowika dobrze szkoli swoje Pisklęta.
Oglal jęknął cicho. Krwawnica, demon z najgłębszej Otchłani, największy wróg samego Agara, światłości i ognia. Zaczęło mu się kręcić w głowie, ślina wypełniła usta, a głos mężczyzny zdawał się oddalać, dobiegać zza ściany.
Ktoś szarpnął płachtę przy wejściu, wpadł do środka. Uczony poczuł, jak czyjaś ręka łapie go za włosy, zadziera głowę do góry, zimne ostrze kłuje w grdykę…
— NIE RUSZ!!!
Z gardła więźnia wydarł się ryk podobny do ryku lwa. Aż, zdawałoby się, poły namiotu zafalowały.
Mężczyzna próbujący poderżnąć gardło Oglalowi rzucił nóż i padł na kolana.
— Pani… Zbawicielko… Wybacz.
— Rozwiąż mnie i wyjdź.
Gdy więzy zostały przecięte, opętany przez Krwawnicę niewolnik pomógł mu usiąść na jednej ze skrzyń.
— Lepiej się czujesz?
Oglal pokiwał głową. Wciąż miał wrażenie, że jeśli spróbuje wstać, to nogi odmówią mu posłuszeństwa, ale przynajmniej mógł mówić.
— Trochę. Dlaczego nie pozwoliłaś mnie zabić?
Mężczyzna pochylił się i spojrzał na niego z bliska.
— Przejdźmy na suanari, to twój rodzimy język — powiedział bez śladu akcentu. — Jesteś uczonym bibliotekarzem, umiesz pisać i czytać w wielu językach, znasz historię i pewnie sztukę. Wśród moich dzieci niewielu jest takich jak ty. I dlatego jesteś cenny. W Pomwe Objęłam kilkunastu uczonych z tamtejszej biblioteki i to doświadczenie okazało się fascynujące. Fas… cy… nu… ją… ce… — Krwawnica mlaskała językiem przy każdej sylabie, jakby smakowała egzotyczne słodycze. — Widzisz, jeszcze dwa miesiące temu nie tylko nie wiedziałabym, co to słowo znaczy, ale nawet nie potrafiłabym go bezbłędnie wypowiedzieć. Oczywiście, część Bibliotekarzy okazała się pustogłowymi durniami, niezdolnymi do wydalenia z siebie jednej oryginalnej myśli, ale kilku ma niezwykłe umysły. Rozumiesz?
Oglal kiwnął głową.
— Tak. Chyba tak.
W oczach opętanego niewolnika pojawiły się maleńkie iskierki zimnego, bardzo zimnego ognia.
— A poza tym, przedstawiłeś się jako Oglal Młodszy, syn Oglala z Fyz. Gdy tylko podałeś to imię, wiedziałam, że już je gdzieś słyszałam. Jeden z uczonych z Pomwe wspomniał cię jako największy autorytet w sprawach Issaram. W tamtejszej bibliotece mieli nawet jakieś kopie twoich pism. To prawda? Nie pytam o pisma, tylko czy jesteś znawcą zwyczajów tej lubiącej się bawić ogniem dziwki, Deany d’Kllean.
Nie mógł oderwać wzroku od tych iskierek, zdawały się takie malutkie i tak absolutnie olbrzymie jednocześnie.
— Tak — stęknął wreszcie. — Znam zwyczaje Issaram. I poznałem też Deanę d’Kllean. Osobiście.
— Och, wiem. Tylko cię sprawdzam. Przecież to była jedna z tych rzeczy, którymi chwaliłeś się w każdym piśmie. Osobiście rozmawiałem… Wybrana sama mi powiedziała… Pisałeś to co kilka zdań, pamiętasz? Dlatego chcę cię mieć. Ale nie tak jak resztę. — Krwawnica machnęła ręką w stronę obozu. — Mogłabym cię oznaczyć gorącym żelazem, Objąć i chłeptać twoją wiedzę wprost z głowy. Ale z tym jest zawsze kłopot. Jako przykład: jeden z twoich kolegów z Pomwe, bardzo religijny i szczerze wierzący, stawił mi opór. Łamałam go przez wiele dni, miażdżyłam mu umysł, wydzierałam kawałek po kawałku wszystkie sekrety. Gdy skończyliśmy, był już tylko śliniącym się i robiącym pod siebie kretynem. A ja, wyobraź sobie, mam wrażenie, że w jakiś sposób mi uciekł. Ponoć był najjaśniejszą gwiazdą wśród tamtejszych uczonych, ale to, co z niego wycisnęłam, niewarte było nawet splunięcia. Wychodzi na to, że wydzierając mu wbrew jego woli wiedzę, więcej niszczyłam, niż dostawałam. Nie wiem, czy ty okazałbyś się tak niezłomny, ale nie chcę ryzykować. No i nie mam na to czasu. Co powiesz na umowę?
Przełknął ślinę, czując, jakby przez gardło przechodziła mu garść rozżarzonego żużlu.
— Jaką umowę?
— Podzielisz się ze mną wiedzą, opowiesz wszystko, co wiesz o tej suce i jej dzikim plemieniu. Nauczysz ich zwyczajów, sposobu, w jaki myślą, co cenią, a czym gardzą, co ich śmieszy, a co przeraża. Wszystko, co wiesz, a także to, co podejrzewasz. Jak będziesz współpracował chętnie i bez oporów, nie ruszę twojego umysłu. — Opętany pochylił się lekko i wysyczał mu do ucha — ale jeśli choć raz uznam, że kręcisz, ukrywasz wiedzę albo próbujesz mnie oszukać, naznaczę cię ognistą obrożą i wycisnę tak, jak zagubiony na pustyni pechowiec wyciska bukłak z resztką wody.
Przez kilka uderzeń serca Oglal się wahał. Może to za dużo powiedziane, bardziej rozważał, jak by to było poderwać się, splunąć w te zimne oczy i z imieniem Agara na ustach odrzucić propozycję demonicy. Walcząc o każdy strzęp wiedzy, stawiać opór, dopóki…
No właśnie, dopóki co? Dopóty nie zmieni się w bełkoczącego idiotę, który nigdy już nie zobaczy swojej Ewaji i dziewczynek. A nawet jak zobaczy, to ich nie rozpozna.
Nie był typem męczennika.
— Dobrze — wychrypiał, przełykając pogardę do samego siebie. — Powiem ci wszystko, co chcesz.
* * *
Nim słońce rozjaśniło nieco kurtynę chmur płaczących wciąż deszczem, opuścili wyspę, która była jego domem przez ostatni miesiąc. Zdobywcy zabrali wszystko, co się dało: namioty, zapasy żywności, ubrania, broń i łódź używaną do patrolowania. Oglal siedział na jej rufie, tuż przy sterniku, nie mogąc oderwać wzroku od jeńców skulonych pomiędzy ławkami. Z ośmiu rannych w nocnym starciu zmarło jeszcze trzech, więc z całego oddziału zostało tylko dziewięciu ludzi. Przed mniej więcej dwoma godzinami zapięto im na szyjach rozgrzane w ogniu żelazne obroże, po czym zostawiono leżących wprost na deszczu. Przez kolejną godzinę buntownicy plądrowali obóz, obdzierali ciała poległych, niszczyli, czego nie dało się zabrać, a uczony siedział z boku, mókł i patrzył, jak oczy schwytanych młodzików stają się puste, jak zaczynają wpatrywać się przed siebie wzrokiem skupionym bezmyślnie na punkcie oddalonym o wiele mil. Znał koncepcję Objęcia jako najwyższego zaszczytu, który może spotkać śmiertelnika w chwili kontaktu z bogiem, tu jednak na własne oczy widział najohydniejszy gwałt.
Gdy kazano im wstać i wejść do łodzi, uczynili to, krocząc sztywno jak dzieci uczące się chodzić.
Oglal dotknął szkarłatnej szarfy, którą kazali mu zawiązać na szyi. Była znakiem, że należy do samej Krwawnicy, miała zapewnić mu bezpieczeństwo i ochronę wśród niewolników. Czuł się, jakby dławiła mu gardło.
To, co zrobiono tym dzieciakom… Widział, jak walczą, jak próbują… nie był pewien – modlić się czy przeklinać urywanym szeptem, jak gubią słowa, myśli, jak tracą własną świadomość i stają się pustymi skorupami. Jeśli wieści z Pomwe mówiły prawdę, za dwa lub trzy dni będą… Kim? Marionetkami wykonującymi najprostsze prace czy ludźmi złamanymi do szczętu, których wola Krwawnicy może zmusić do każdego czynu.
Niewolnicy…
Nigdy nie zastanawiał się nad moralnym aspektem posiadania na własność drugiego człowieka, bo tak po prostu było. Zawsze. W jego rodzinie nikt nie miał niewolnika, wśród bliższych i dalszych znajomych znał tylko dwie osoby, które miały domowych, traktowanych dobrze i z szacunkiem. Duże miasta rzadko gromadziły większą liczbę niewolników, dziewięciu na dziesięciu pracowało poza nimi, na plantacjach, polach trzciny cukrowej, przy karczowaniu dżungli, w kopalniach. Tak też było zawsze. Plotki o okrucieństwach na polach bawełny i prowokacjach Trzcin, które skutkowały lokalnymi rzeziami, zazwyczaj zbywano wzruszeniem ramion – były po prostu zbyt niewiarygodne, by uznać je za prawdę.
Przynajmniej dopóty, dopóki nie ujrzało się na własne oczy kogoś, komu na wszelki wypadek powybijano zęby.
W chwili wybuchu rebelii Oglal w głębi duszy nawet trochę kibicował powstańcom. Tak z pewnego intelektualnego oddalenia oczywiście. Zastanawiał się, znając inne społeczności, takie jak zabraniający niewolnictwa Meekhan czy szczerze go nienawidzących Issaram, jak musiałoby się zmienić ich księstwo, by pójść drogą wyzwolenia wszystkich ludzi. Dyskutowali o tym czasem w Bibliotece, kłócąc się o koszty dla skarbca księstwa, możliwe konflikty między wyznawcami Agara a matriarchistami i spodziewane kłopoty ze strony Kambehii czy Geghijczyków, którym z pewnością nie podobałoby się, że Białe Konoweryn weszło na drogę reform, jakie chciał wdrożyć poprzedni książę.
Do czasu wybuchu prawdziwej rebelii w Bibliotece toczyły się wspaniałe, pełne pasji i ognia dyskusje na ten temat. Potem, niemal z dnia na dzień, wygasły, tak jak stygły popioły spalonych rezydencji.
Niektóre tematy są dobre tylko wtedy, gdy rozważa się je teoretycznie.
Dziś Oglal uważał, że za to, co robiono niewolnikom na plantacjach, wielu ludzi zasłużyło na paskudną, długą i bolesną śmierć. Za rzeź bezbronnych w Pomwe i innych miastach, katorżniczą pracę dzieci w kopalniach, „łaskę” dobrego snu, jak nazywano zabijanie zbyt starych do pracy… Cokolwiek buntownicy robili swoim właścicielom i wysłanym przeciw nim żołnierzom, wydawało mu się to w pewien sposób usprawiedliwione.
Spojrzał znów na dno łodzi. Ale to, co przydarzyło się tym chłopcom, i – jak się domyślał – tysiącom innych jeńców, już nie. Po stokroć nie! Nikt nie ma prawa łamać tak ludzkiego ducha, miażdżyć go w sposób, który nie pozostawia po sobie nawet cienia nadziei.
Krwawnica stała się właścicielką absolutną, najpotworniejszym koszmarem każdego, kto kiedykolwiek pogardzał niewolnictwem. A najgorsze było to, że jej wyznawcy chyba tego nie widzieli.
Albo widzieć nie chcieli.
* * *
Płynęli pół dnia, zdobyczna łódź, obciążona łupem i jeńcami, ciężko walczyła z prądem, wioślarze zmieniali się co mniej więcej dwie godziny, przeskakując na pokład z kilku mniejszych łódek towarzyszących im w tej podróży, i z powrotem. Łódki buntowników naprawdę były wykonane z drewnianego szkieletu obciągniętego skórą i wydawały się idealne do krycia się wśród trzcin, przemierzania płycizn i do zaskakujących ataków. A mimo to każda mieściła co najmniej sześciu mężczyzn i bez problemu poruszała się szybciej i zwinniej niż ich drewniana, napędzana ośmioma wiosłami krypa. To właśnie tak ich podeszli, tuż przed świtem, bezszelestnie jak duchy. Oglal doszedł do wniosku, że armia Konoweryn powinna szybko nauczyć się używać czegoś podobnego, inaczej przegra walkę o centralne ziemie księstwa. Jeżeli już nie przegrała, pomyślał kwaśno.
Ta myśl nagle wydała mu się przerażająco prawdziwa, gdy około południa przybyli na miejsce. Do obozu, a właściwie obozowiska, ulokowanego na wznoszącym się nad bagnami wzgórzu, szerokiego i głębokiego na pół mili i po sam brzeg wypełnionego namiotami, szałasami, a nawet prostymi wiatami, pod którymi stało bydło, konie i muły. Obozowisko przecinały wzdłuż i wszerz drewniane kładki, rowy odwadniające, a powiązane linami wbite w grunt pale wyznaczały szersze trasy. I wszędzie – na brzegu, między namiotami, na dachach szałasów – znajdowały się te lekkie łódki, setki, może nawet tysiące.
To cała armia, pomyślał. Trzy tysiące ludzi? Pięć? Więcej? Nie miał żadnego doświadczenia, by ocenić, ilu ich tu może być, ale nagle zrozumiał, dlaczego posterunek Piskląt dopiero wczoraj pierwszy raz natrafił na ślad wroga. Niewolnicy ich po prostu lekceważyli. Nie interesowały ich przepychanki z bandami dzieciaków, starych najemników i z tymi pechowcami, którzy podpadli swoim dowódcom. Jego raporty mówiące o tym, że skutecznie odstraszają siły buntowników, bo żadnego nie spotkali, były kpiną. Mógł się założyć, że większość pozostałych pisarzy meldowała coś podobnego – jesteśmy tak dzielni i groźni, że wróg nawet nie wyściubia nosa z nory.
Ledwo stłumił histeryczny chichot.
Potem zobaczył kilka innych, cumujących już przy brzegu drewnianych łodzi i dotarło do niego, że czas lekceważenia i unikania walki przez niewolniczą armię właśnie się skończył. Ich obóz nie był jedynym, który zeszłej nocy zaatakowano. Łódź rozwożąca zapasy i zbierająca raporty wypłynie dopiero popojutrze. Więc jeśli wybili w linii posterunków dziurę, nikt się w tym nie zorientuje przez najbliższe dwa, może nawet trzy dni.
A potem będzie za późno.
Niewolnicy uderzą na północny wschód, pojął nagle. W samym środku pory deszczowej, gdy nikt, ale to nikt, się ich nie spodziewa. Kilka tysięcy buntowników przejdzie przez zalane wodą dorzecze Olohy i poniesie ogień, śmierć i grozę pod samo Białe Konoweryn. Spalą, złupią i zrównają z ziemią wszystko, co się da, po czym wsiądą na te swoje łódeczki i znikną na bagnach.
To szaleństwo, ale nie większe niż atak na Pomwe i ta szarpana wojna na rozlewiskach. To…
I wtedy, zanim jeszcze dno łodzi zaszurało o brzeg, znów to poczuł. Zawrót głowy, ślinę gwałtownie wypełniającą usta, miękkość w kolanach.
„Agarze, Panie Ognia, Agarze, Strażniku Światła. Chroń, proszę, chroń swe dziecko”.
Nagle wiedział, dlaczego zaczął się modlić w myślach. I dlaczego ta modlitwa była bezcelowa. Przecież Agar nie mógł go ochronić, nie tu, w krainie nieustannego deszczu, nie przed nią. Bo przyszła i czekała na uczonego na brzegu, na kładce z desek. I gdy tylko wyczuł jej obecność, nie mógł już oderwać wzroku. Wydawała się dziewczyną w wieku jego najstarszej córki – czternaście, może piętnaście lat. Mała, chuda, w zbyt dużej nawoskowanej pelerynie.
I była absolutnie przerażająca. Groza biła od niej falami, odbierała oddech, paraliżowała myśli.
— Och. — Zrzuciła kaptur, ukazując szczupłą twarz. — Jesteś z tych wrażliwych na Moc. Już w namiocie twoje reakcje wydawały się przesadzone. Nie martw się, pobędziemy razem, to przywykniesz. Za dzień lub dwa.
Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł, zajęty rozpaczliwym przełykaniem śliny. Spojrzała na niego z czymś w rodzaju politowania w czarnych jak noc oczach i machnęła lekceważąco ręką.
— No trudno, rozmowa zaczeka. Pomóżcie mu wyjść i zaprowadźcie do mojej kwatery. I niech ktoś dopilnuje, żeby coś zjadł, bo w tym stanie zaraz straci przytomność. A teraz — klasnęła w dłonie — pokażcie, kogo schwytaliście.
Dwóch mężczyzn wywlekło go z łodzi i prawie poniosło w głąb wyspy. A Oglal Młodszy miał ochotę śmiać się z własnej głupoty. Jak mógł nie domyślić się, widząc wymuszone Obejmowanie młodych Słowików, że ona jest w pobliżu. Jest tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Wszyscy mówili o Pomwe. Tam Krwawnica miała uwić sobie gniazdo i czekać na koniec pory deszczowej. A ona była tu, w połowie drogi do stolicy, z całą armią. Buntownicy nie szykowali się do łupieżczego najazdu. Oni wiedli swoją boginię wprost do serca Białego Konoweryn.
Tam, gdzie wysłano dziesiątki tysięcy niewolników.
Tam, gdzie będzie mogła Obejmować każdego z nich oraz tych, których jej słudzy naznaczą żelazem.
Histeria wylała się z uczonego niekontrolowanym chichotem.
Agarze, musisz uważać, bo ta dziewczyna idzie, żeby naszczać ci w Oko.