Rozdział 10
Kailean siedziała w komnacie Dagheny i marzyła, by wrócić do siebie. Za dużo wina, za mało snu, pomyślała. Kolejna duszna noc dała jej w kość, a uroczysty podwieczorek w towarzystwie Deany d’Kllean i Varali wcale nie wyglądał tak formalnie, jak się spodziewała. Na dodatek zaczął się od rozczarowania, bo pierwsza nałożnica nie okazała nawet cienia dezaprobaty, widząc strój, jaki Kailean włożyła, dość swobodnie interpretując słowo „ładnie”. Dobranie takiego kompletu pstrokatych spódnic do jaskrawożółtej bluzki z różowym haftem kosztowało ją sporo zachodu, a mimo to nie otrzymała w zamian nawet krzywego spojrzenia. Varala, ubrana w tiule i jedwabie w odcieniach złota i ciepłego beżu, skinęła jej tylko głową i uśmiechnęła się uprzejmie, machnąwszy przed twarzą haftowanym w kwiaty wachlarzem.
To była cenna lekcja – czasem obojętność kłuje bardziej niż najostrzejsza reprymenda.
Deana d’Kllean zjawiła się w prostej, ciemnoszarej szacie, z twarzą zasłoniętą gęsto tkanym ekchaarem. Usiadła sztywno u szczytu stołu, witając się z każdą z nich krótkim skinieniem głowy i pozdrawiając cicho. Wydawała się bardzo zmęczona i przygaszona.
Przynajmniej z początku.
Podwieczorek okazał się pyszny. Najpierw podano słone, kwaśne i pikantne przekąski, po nich na stół trafiły owoce morza, wśród których królowały kraby i langusty przygotowane na kilka sposobów, na koniec podano zaś różne słodkości, sorbety, owoce na schłodzonych, wypełnionych lodem tacach. Do tego cztery rodzaje wina, każde o innym bukiecie, każde znakomite. Na początku rozmowy ledwo się kleiły, wymieniano banalne uwagi o pogodzie, samopoczuciu gości, planach na najbliższe dni, wszystkie przerywane krótszymi lub dłuższymi pauzami, wypełnionymi niezręczną ciszą. Obecność kilku służących, które podawały do stołu, zmieniały talerze, talerzyki i półmiski oraz pilnowały, by w kielichach zawsze było wino, wcale nie pomagała.
Ale w końcu trunki zaczęły działać.
Po godzinie całkiem mocno szumiało jej w głowie. Dag i Lei też. Kailean pierwszy raz była świadkiem, jak Deana bierze udział w poczęstunku, pociągając z kielicha przez cienką słomkę, wsuniętą pod ekchaar. Od tego właśnie zaczęła się wymiana zdań, która skierowała rozmowę na mniej formalne tory.
— Czy to dobry pomysł, żeby Wybrana piła w swoim stanie? — Lea wskazała na Deanę łyżeczką umazaną słodkim syropem.
— To jest… — zaczęła Varala.
— To coś, co nazywają tu trunkiem dla młodych mężatek — wpadła jej w słowo issarska dziewczyna, odkładając kielich na stół. — Porcja słabego wina, dwie porcje soku z granatu i dwie porcje wody z odrobiną miodu i plasterkami cytryny. Jedyna część ciała, która mogłaby coś poczuć po tym trunku, to pęcherz. Oczywiście gdyby pozwolono mi wypić więcej niż jeden kielich naraz. — Oskarżycielskim gestem wskazała na starszą kobietę.
Varala przyjrzała jej się, lekko przekrzywiając głowę.
— To ograniczenie zniknie za miesiąc, o pani. Może nawet nieco wcześniej.
— O. — Kailean, wbrew sobie, poczuła zaciekawienie. — A dlaczego?
— Wtedy z trunku młodej mężatki usuniemy wino.
— Och. — Lea uniosła dłoń do ust, maskując uśmiech. — Tylko czy nadal będzie można to nazywać trunkiem?
Daghena odstawiła na stół talerzyk z kawałkiem ciasta, oparła łokcie na blacie, splotła dłonie i wsparła na nich brodę. Wszystko tak wdzięcznie i z taką gracją, że było to aż nieprzyzwoite.
— Jak to jest być w ciąży? — rzuciła od niechcenia.
Pytanie zawisło w powietrzu, a Kailean kątem oka zobaczyła, jak stojące pod ścianami służki sztywnieją w niemym oburzeniu. Takie indagowanie Wybranej, Tej, Którą Pobłogosławił Pan Ognia, musiało być w ich oczach nielichym nietaktem. Herezją i świętokradztwem nieomal.
Deana wzruszyła ramionami w bardzo uniwersalnym geście.
— Normalnie. To znaczy… dopiero niedawno musiałam nieco poluzować pasy od szabel, brzuch zaczyna mi się zaokrąglać i piersi trochę urosły, ale nie wiem, czy od ciąży, czy dlatego że niektórzy zabraniają mi trudniejszych ćwiczeń, za to zaczęli codziennie podkarmiać mnóstwem mięsa duszonego w miodzie.
Varala nie zmieniła wyrazu twarzy.
— Dobre odżywianie jest zdrowe dla dziecka — powiedziała spokojnie, wachlując powietrze przed sobą.
— Jak tak dalej pójdzie, to będzie bardzo tłuste dziecko.
— Tłuste dzieci to zdrowe dzieci.
— No tak, i zamiast nosić na rękach, można je toczyć przed sobą jak piłkę.
Kailean wymieniła spojrzenia z Dag i Leą. Obie sprawiały wrażenie tak samo zaskoczonych jak ona. Nie chodziło bynajmniej o to, że najwyraźniej Deana i Varala toczyły takie dyskusje od dłuższego czasu i żadna nie zamierzała dać za wygraną, lecz o pewną poufałą swobodę, z jaką pierwsza nałożnica odnosiła się do – było nie było – najważniejszej kobiety w pałacu. Bez tej całej czołobitności, której można się było spodziewać, bez padania na twarz i lęku o obrazoburstwo.
Jak matka z córką.
— A pojawiły się jakieś zachcianki? — Dag uśmiechnęła się uroczo, wtrącając się w dyskusję na temat odżywiania ciężarnych. — Moja babka mówiła, że jak się ma ochotę na kwaśne, to będzie chłopiec, a jak na słone, to dziewczynka.
— O — Deana ożywiła się nagle — a wśród d’yahirrów mówi się, że gorzkie na syna, a słodkie na córkę. Albo że jak śni ci się dużo czerwieni, to będzie dziewczynka, a jak bieli – chłopiec.
Zawiesiła głos i zwróciła głowę w stronę Kailean, aż ta poczuła, jak wwierca się w nią wzrokiem.
— Na Wschodzie powiadają, że jak matka pije dużo maślanki, to będzie dziewczynka, jak wody prosto ze studni – chłopiec, a jak piwa – to nawet Laal Szarowłosa nie wie co — powiedziała, przypominając sobie kilka przesądów. — I było jeszcze coś o grzybach, ale nie pamiętam dokładnie co. Lea?
— Moja mama mówiła, że piła dużo kobylego mleka, nim mnie urodziła, więc zawsze powtarzała, że jak będę chciała dziewczynkę, też mam je pić. Chłopcy podobno trafiają się z byle czego.
— O, to prawda. — Varala uśmiechnęła się nagle, a jej twarzy ubyło lat. — Zdecydowanie chłopcy trafiają się z byle czego. Ale to byle co bardzo nam się czasami podoba.
— Nadal mówimy o przesądach? — Dag uniosła brwi.
— Oczywiście. A o czym by innym? — Pierwsza nałożnica powiodła wzrokiem po całej ich trójce. — A czy któraś z was była już, no wiecie, w ciąży?
Zapadła cisza. Kailean poczuła się urażona tym pytaniem. Bardziej, niż mogłaby sądzić. Właściwie za kogo uważała je kobieta, która pozycję w pałacu zawdzięczała rozkładaniu nóg przed księciem?
— Skąd taki pomysł? — Z najwyższym trudem udało jej się nie warknąć.
— No bo wiecie… trzy dziewczyny, jeżdżące razem z gromadą całkiem interesujących mężczyzn…
Dziewczyny z czaardanu wymieniły zaskoczone spojrzenia. Interesujący? Ich towarzysze? Faylen był chudy i wiecznie skwaszony, Niiar zawsze uśmiechał się jak niespełna rozumu i klął jak nikt inny na świecie, Kocimiętka był niewiele młodszy od Laskolnyka, Janne… Janne to po prostu wielki i niezdarny oswojony niedźwiedź. Bendarey sypał żartami, które śmieszyły tylko jego, Ryuta wygrałby każdy konkurs na bekanie i puszczanie bąków, co napawało go niezmierną dumą. A reszta? Wszyscy byli solidni, godni zaufania, warci, by jechać z nimi strzemię w strzemię nawet na sam koniec świata, ale interesujący w ten specjalny sposób, który otwiera kobiece serca? Albo rozchyla uda?
— No nie… — Daghena machnęła ręką — oni są jak bracia. Albo gromada kuzynów.
— Czaardan to wojujący ród, jak rodzina — dodała szybko Lea, rumieniąc się lekko. — Nie robisz tego z rodziną.
— No i to zawsze powoduje kłopoty — dorzuciła Dag. — Ktoś zrobi się zazdrosny, ktoś też chciałby się z tobą przespać, ktoś myśli czemu on, a nie ja, i zanim się obejrzysz, mężczyźni zaczynają na siebie warczeć i czaardan się rozpada. A jak zajdziesz w ciążę, to kończysz przygody w siodle.
Pierwsza nałożnica pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Więc kobiety jeżdżące z bronią po stepach skazane są na samotność i bezdzietną starość?
— Eee… nie. Oczywiście, że nie. — Lea zrobiła taką minę, jakby sam pomysł wydawał jej się absolutnie niedorzeczny. — Możesz wyjść za mąż, ale jeśli będzie to ktoś z czaardanu, to oboje musicie odejść. Ród urządza wam pożegnalne przyjęcie, obsypuje górą podarków, wręcza pieniądze na nowe życie i pomaga osiąść gdzieś w spokoju. W czaardanach nie jeżdżą małżeństwa.
— O. — Deana wydawała się szczerze zainteresowana. — A dlaczego? U Issaram to nic niezwykłego, że żona wspiera męża w walce. Albo mąż żonę.
— Bo zakochani małżonkowie walczą za siebie. Zawsze najpierw za siebie, a dopiero potem za resztę. To rozprasza. Wprowadza chaos. Gdy cwałujesz z kimś w stronę wroga, musisz wiedzieć, że głowy towarzysza nie zaprząta bezpieczeństwo tylko jednej osoby. Dlatego dziewczyny jak my wolą mieć wokół siebie gromadę przyszywanych braci niż potencjalnych kochanków.
— Podsumowując, pani Varalo, na Wschodzie mamy powiedzenie, które matki powtarzają córkom. — Kailean nadal była zła za to nieuprzejme pytanie o ciążę, więc zaakcentowała „panią”, jakby zwracała się do wiekowej matrony. — Brzmi ono: „Dziecko, nawet jak siedzisz w męskim siodle, zawsze trzymaj nogi razem”.
— Och, urocze. — Książęca nałożnica zasłoniła usta dłonią. — Po barbarzyńsku bezpośrednie i niezwykle celne. A generał? — rzuciła nagle.
— Generał?
— Żadna z was nie miałaby na niego chrapki? Tak szczerze, hę? To mężczyzna w sile wieku, bogaty, wpływowy, znany w świecie. Bohater Imperium, przyjaciel cesarza, świetny żołnierz. Do tego na swój dziki sposób przystojny, no i te jego zabójcze wąsy… Jeśli żadna nie ma ochoty, to może gdy tu wróci, ja sama mogłabym… wiecie… zaprosić go na podwieczorek…
Jej głos ścichł do szeptu, bo temperatura wokół stołu zdawała się opadać jak na Stepach zimą, gdy słońce chowało się za horyzont. Lea zaczęła się nagle bawić widelczykiem do owoców, Daghena niewinnym gestem sięgnęła za oparcie krzesła, a Kailean… zastanawiała się, co oznacza ta zimna furia, która się nagle w niej obudziła. Kha-dar to kha-dar, ojciec czaardanu, ktoś, kto przewodzi, doradza, kieruje i opiekuje się resztą. Ta… nałożnica nie miała prawa nawet pomyśleć o…
Usłyszała śmiech, lekki, radosny, zaskakująco szczery. Deana d’Kllean śmiała się głośno, machając dłonią.
— Ale miny… Jakby w waszym domu pojawiła się obca kobieta i oznajmiła, że chce wyjść za waszego ojca i macie od teraz mówić do niej: mamo. Nie… — uniosła ręce w geście poddania — nie rzucajcie w nas niczym, proszę. Varala tylko się droczy, jej serce należy do innego mężczyzny, choć powiem wam, że nawet za wszystkie skarby Dalekiego Południa nie zgadłybyście do kogo.
Starsza kobieta zamarła z otwartymi ustami.
— No co? — Issarska dziewczyna zdawała się doskonale bawić. — Czasem, gdy siedzę na krześle z głową pochyloną lekko, jakbym spała, wcale nie śpię. Medytuję i ćwiczę oddychanie. Naprawdę powinniście uważać, ty i…
— Nie! Nie mów! — Twarz Varali lekko poróżowiała.
— Dobrze. Nie powiem, jeśli ty przestaniesz się drażnić z naszymi gośćmi. To naprawdę nieuprzejme. A gdy wypiłyśmy tyle wina, także niebezpieczne. Amwer i Bahmeria mówiły mi, że te dziewczyny naprawdę umieją robić szablą i szyć z łuku. Wystarczająco dobrze, by zasłużyć na uznanie Issaram. Zmieńmy temat. Czemu byłaś ciekawa mojej ciąży, Dagheno?
Oblicze Dag rozjaśniło się szerokim, lekko pijanym uśmiechem.
— Bo zamierzam być. Jak przyjdzie czas. Za kilka lat, jak już zrobimy — machnęła wokół ręką — no wiecie, porządek.
Kailean parsknęła mimowolnie.
— W pałacu? W Konoweryn? Czy na świecie?
— Dla mnie wystarczy kawałek Stepów — odparła plemienna wiedźma. — Babka zawsze mi powtarzała: jak chcesz się zabrać na poważnie do jakiejś roboty, dziewczyno, to najpierw zrób wokół siebie porządek. A robienie dzieci to nie byle jaka sprawa. Masz mieć porządek w głowie, w jurcie i wokół jurty. Masz mieć stada zdrowego bydła, runnych owiec i tłustych kóz. I tabuny szybkich koni. I dobry łuk, żeby tego wszystkiego bronić. To wystarczy na początek.
Deana przysłuchiwała się tej tyradzie z lekko przekrzywioną głową. Kailean prawie mogła sobie wyobrazić uśmieszek błąkający się po jej wargach.
— Nie zapomniałaś o kimś?
— O kim niby?
— O mężczyźnie. Tym, do kogo będziesz się przytulać w nocy i kogo będziesz przeklinać w trakcie porodu. I kogo dzieci nazwą ojcem.
— A… ojciec. — Daghena machnęła lekceważąco ręką, prawie strącając kielich ze stołu. Chyba wino naprawdę uderzyło jej do głowy. — No tak, trzeba będzie kogoś znaleźć.
— A spotkałaś już kogoś, kto by się nadawał? — Ciekawość w głosie Deany była wręcz namacalna.
— Jeszcze nie. To w gruncie rzeczy nieważne. Ale jak spotkam, to mu powiem.
Ręce Wybranej zatańczyły w serii płynnych gestów. Jakby uśmiechała się dłońmi.
— Coś w rodzaju: mam duże stado krów, chodźmy robić dzieci?
Daghena uniosła lekko brwi, ściągnęła ramiona i wypięła piersi.
— A kto oparłby się dużemu stadu krów, owiec i kóz? — zapytała niewinnie.
Lea parsknęła cicho. Varala najpierw spojrzała na Dag z naganą, by po chwili ukryć twarz za wachlarzem. Ale zdradziły ją oczy. Śmiała się bezgłośnie.
Kailean też poczuła rozbawienie. I chęć podrążenia tematu. Co tam, w końcu tak rzadko udawało im się rozluźnić.
— Ale wiesz mniej więcej, jaki ma być? — zapytała.
— Co to znaczy?
— No wiesz. Blondyn czy brunet, niski czy wysoki, szczupły i żylasty jak Niiar czy raczej taki jak Janne.
— Brunet. — Daghena machnęła w jej stronę dłonią. — Wysoki. Szeroki w ramionach. Silny. Będzie miał czarne oczy i najpiękniejszy uśmiech na świecie.
— Wysoki? Czyli ile będzie miał wzrostu?
— Sześć stóp. — Dag pokazała na palcach. — I jeszcze cztery cale.
Kailean zobaczyła, jak w oczach Lei pojawiają się iskierki, i już wiedziała, co zaraz usłyszy.
— Sześć stóp jest w porządku, w końcu niektórzy powiadają, że mężczyzna zaczyna się od sześciu stóp. — Mała łuczniczka skinęła głową ze sztuczną powagą. — Ale cztery cale? Nie za mało? Zażycz sobie co najmniej pięciu.
— Sześć to minimum — rzuciła Deana. — A siedem to właściwa liczba.
— Do trzeciego porodu — powiedziała z powagą Varala. — Potem uznasz, że osiem to wcale nie za dużo. Właściwie osiem jest w sam raz.
Daghena przerzucała spojrzenie z jednej twarzy na drugą. Wreszcie zatrzymała je na ekchaarze Wybranej.
— Mówiłam o wzroście.
— My też — odpowiedziały jej jednogłośnie.
Jedna ze służących zachichotała. Po niej kolejne. Och, pomyślała Kailean, ależ narodzą się plotki i opowieści o tym spotkaniu. Właściwie nie przeszkadzało jej to. I tak pół Domu Kobiet je obgaduje.
Chichoty ucichły, gdy Varala posłała służkom przeciągłe spojrzenie.
— To ile masz zamiar urodzić dzieci, moja droga? — zwróciła się do Dagheny.
— Tuzin — odparła plemienna wiedźma z absolutnie nieznoszącą sprzeciwu pijacką powagą. — Może ciut więcej, ale tuzin to dobra liczba.
Przy stole zapadła cisza.
— Tuzin? — Książęca nałożnica pokręciła głową. — Naprawdę? W najlepszym przypadku spędzisz, ile…? dziewięć lat w ciąży. Dziewięć. Straszna strata czasu.
— To nie tak dużo. A ciąża to nic takiego. — Daghena zdawała się nie wyczuwać zmiany nastroju. — Moja matka urodziła czternaścioro, ale zaczęła wcześniej niż ja, dużo wcześniej. I w niczym jej to nie przeszkadzało. Prawie w niczym. No, w szóstym miesiącu ciąży musiała jeździć na polowanie z dzirytami, a nie z łukiem.
— Z dzirytami, a nie z łukiem. — Varala powtórzyła te słowa powoli, jakby próbowała odgadnąć znaczenie czegoś, co padło w obcym języku. — Nie chcę, ale zapytam: dlaczego?
Dag odchyliła się na krześle, wyciągnęła lewą rękę w bok i wykonała gest naciągania łuku.
— Wtedy cięciwa zaczyna zahaczać o brzuch — wyjaśniła jakby nigdy nic.
Lea parsknęła śmiechem.
— No nie! To znaczy tak! Jak masz brzuch, to nawet z krótkiego łuku będzie ci trudno strzelać.
— Ale tuzin? — Kailean nie wiedziała, czy brać to oświadczenie na poważnie, czy przyjaciółka sobie z nich żartuje.
Daghena żachnęła się, wyraźnie poirytowana.
— Tuzin. A jak zdążę, to jeszcze kilka się dorzuci. — Machnęła dłonią i nagle na stół chlusnął strumień szkarłatu.
Kailean złapała serwetkę i użyła jej jako tamy dla rozlewającego się szerokim strumieniem wina. Biały materiał pociemniał, spijając trunek. Lea zdążyła już złapać przewróconą karafkę, ratując kryształ przed upadkiem na podłogę i bezcenny dywan przed zniszczeniem. Obrusu ocalić nie miały szansy.
Wszystkie kobiety w komnacie zastygły, ale służące szybko rzuciły się do pomocy. W kilka chwil naczynia znikły ze stołu, nakrycie zwinięto, blat wytarto do czysta. Zaplamioną serwetkę delikatnie, lecz stanowczo wyjęto Kailean z ręki. Jedna ze służek wytarła jej dłoń najpierw wilgotnym, a później suchym ręcznikiem.
Po czym rozpoczął się proces odwrotny: rozłożono świeży obrus, na miejsce wróciła zastawa, kielichy, talerzyki, delikatne filiżanki.
Kilkadziesiąt uderzeń serca i po wypadku nie było śladu.
— No to liczbę mamy określoną — podjęła temat Varala, jakby nic się nie stało. — A co z proporcjami? Pół na pół?
Dag spojrzała na nią bez widocznego zrozumienia w oczach.
— To znaczy, ile dziewczynek i ilu chłopców. Po połowie?
— Nie. Cztery dziewczynki i ośmiu chłopców.
Między perfekcyjnie zarysowanymi brwiami książęcej nałożnicy pojawiła się zmarszczka.
— Dlaczego? Nie lubisz dziewczynek?
— Uwielbiam. Są słodkie, kochane i wspierają swoje matki. Jak ja z siostrami.
— Więc czemu chłopców ma być dwa razy więcej?
Daghena sięgnęła po kielich, pociągnęła długi łyk i z pijacką ostrożnością odstawiła na stół.
— Na zapas — odpowiedziała wreszcie. — Łatwiej się ich wychowuje, jak tylko nauczą się chodzić i jeździć konno, możesz rano wypuścić na zewnątrz, a wieczorem zwabić do środka jakimś jedzeniem, ale trudniej utrzymać ich przy życiu. Mają zbyt dużo głupich pomysłów, uwielbiają się popisywać i nie potrafią określić, co jest, a co nie jest dla nich możliwe.
Wymieniły spojrzenia. Chłopcy, mężczyźni. Żadna różnica.
— Moi kuzyni — kontynuowała Dag, zaciskając usta w wąską kreskę — założyli się raz z chłopakami z sąsiedniego klanu, że przywiążą linę do łęku siodła i utrzymają w miejscu bojowego ogiera swojego ojca. We trzech.
— Ile mieli lat?
— Jedenaście, dwanaście i czternaście.
— No to nie mieli szans, nawet kilku dorosłych mężczyzn nie dałoby rady. Przegrali zakład?
— Oczywiście. Jak mówiłam, chłopcy nie potrafią określić, co jest dla nich możliwe. I bezpieczne. Znaleźliśmy ich dopiero po mili, tylko jeden wyglądał jako tako, dwóch pozostałych… szkoda gadać. Ale i tak Gash Bezzębny i Omnewey Krzywa Szczęka nadal są moimi ulubionymi kuzynami.
— Dlaczego nie puścili liny?
— Nie mogli. Obwiązali się nią w pasie, zanim smagnęli konia batem.
— Och…
Kailean jęknęła cicho i zaraz przypomniała sobie, jak Niiar założył się po pijaku z Ryutą, który z nich szybciej przepłynie na wschodni brzeg Amerthy. Nocą, na golasa, ze związanymi rękami. Poszli nad brzeg, nikomu nic nie mówiąc i dopiero po godzinie Bendarey wygadał się, co tym durniom strzeliło do głowy. Gdyby nie Janne, który przywołał kilka sów, w życiu by ich nie znaleźli pośrodku ciemnej toni rzeki. Wyciągnęli tych głąbów z wody na wpół utopionych i prawie trzeźwych, a kha-dar przez następny miesiąc pilnował, żeby wieczorami obaj byli zbyt zmęczeni na głupie pomysły.
Chłopcy, mężczyźni. Żadna różnica.
Westchnęła i sięgnęła po kielich. Wino było przepyszne i przyjemnie szumiało w głowie. A co tam, pomyślała, upiję się dziś i może to pozwoli mi wreszcie zasnąć mocno i głęboko.
— Tych trzech twoich kuzynów to… — zaczęła Lea, przewracając oczyma.
— Nic nie mów. — Daghena uniosła się lekko, wsparła zaciśniętymi pięściami o blat. — To dobre chłopaki, nawet jak dwóch z nich będzie seplenić do końca życia. Ale jak dobrze liczę, z ośmiu chłopców przeżyje pięciu, może sześciu, dobrze mieć zapas. W sumie urodzenie więcej niż tuzina chłopców i dziewczynek też nie brzmi źle.
Varala chrząknęła głośno, przyciągając uwagę wszystkich. Takie chrząkanie było przecież absolutnie niedopuszczalne u damy.
— Moja droga — zaczęła, skierowawszy na Daghenę spojrzenie czarnych oczu. — A dlaczegóż to zamierzasz spędzić najbliższe lata, na przemian leżąc pod jakimś mężczyzną i wypychając z siebie kolejne dzieci?
Plemienna wiedźma opadła na krzesło i powiodła wokół wzrokiem pełnym pijackiej dumy.
— Wszystko mam przemyślane. — Uśmiechnęła się od ucha do ucha. — Taki tuzin, albo coś koło tego, to doskonała liczba na szybki, mały podjazd. Można wpaść na cudze pastwiska, zagarnąć jakiś tabun, porwać stado. Można złupić kupców, a potem rozpłynąć się na Stepach. Tuzin trudniej wytropić niż dwa albo trzy. No i będą mieli — stuknęła się kciukiem w pierś — dobrego dowódcę.
Zmarszczyła brwi w zamyśleniu.
— Dowódczynię — poprawiła.
Zapadła cisza, którą po kilku uderzeniach serca przerwała Lea:
— Czekaj, czekaj. Ty po prostu chcesz mieć własną czukwę?
— Co to jest czukwa?
— Plemiona Małych Stepów nazywają tak zbrojne grupki, które włóczą się po okolicy i szukają przygód — wyjaśniła niespodziewanie Deana. — Nasi wojownicy często się z nimi ścierają, broniąc stad wypasanych w dolinach na północnej stronie Anaarów. Dobrze się biją. W zasadzie to coś w rodzaju czaardanów, tylko czukwy rzadko liczą więcej niż dziesięciu ludzi.
Daghena wydawała się mocno zastanawiać nad tym terminem, wreszcie skinęła głową.
— Jeśli tak na to spojrzeć, to tak. Chcę czukwę.
Kailean westchnęła demonstracyjnie, zaskoczona absurdalną logiką przyjaciółki.
— Ale przecież jak już chcesz tak szaleć, to możesz po prostu kogoś wynająć, żeby z tobą jeździł — wyjaśniła.
Czarne oczy Dag rozbłysły.
— Najemnicy?! — parsknęła oburzona. — Masz mnie za głupią? Przecież im trzeba płacić!
A potem posłała wokół stołu złośliwy, niespodziewanie trzeźwy uśmieszek i mrugnęła.
— Mam was.