Rozdział 13

Księżycowa Mewa śniła, że Prastary Pożeracz przypłynął, gdy polowała z ojcem na swoje okryte futrem siostry, uderzył w krę, na której stali, i połknął ich oboje żywcem. To nie był zły sen. Jej plemię wierzyło, że Prastary, ojciec wszystkich stworzeń żyjących w morzu, przybywa, by zabrać ze sobą tych, których uzna za godnych życia w swym brzuchu. Tylko poszanowanie tradycji i droga wyznaczona przez duchy przodków mogły zaprowadzić wprost do Paszczy Snów. Wypadało się wtedy poza Wieczny Krąg i nie wracało do Wielkiego Morza, ale to nie było nic złego, bo sam Prastary był częścią i Kręgu, i Morza. Po prostu w jego brzuchu można było zaznać… prawdziwego szczęścia, bo tam… tam harpun ciśnięty w wodę zawsze trafiał w kark foki, młodej, tłustej i z radością godzącej się, by jej życie trwało dalej w ciele łowcy. Ptaki codziennie składały jaja na progach szałasów z wielorybich kości i skór, a w wodzie pływało tyle ryb, że wystarczyło raz zanurzyć podbierak, by wykarmić całą rodzinę.

Pogoda zawsze była odpowiednia i na polowanie, i na wędrówki, i do zabawy. Słońce obdarzało wybrańców swoim światłem tak długo, jak tylko sobie tego życzyli, wiatr zrywał się tylko po to, by przegnać złe zapachy, a śnieg padał miękkim, białym puchem tylko wtedy, gdy ktoś chciał zbudować z niego dom.

W brzuchu Prastarego Pożeracza nikt nie głodował, nie marzł, nikt się nie starzał i nie umierał.

Obudził ją nagle odległy okrzyk. Krótki, chrapliwy, nabrzmiały dumą. Po nim rozległy się kolejne. Myśliwi świętują, zrozumiała, nim otwarła oczy, polowanie się powiodło. Przez chwilę leżała z zaciśniętymi powiekami, słuchając, jak okrzyki nabierają rytmu, jak rodzi się melodia i pojawia pieśń:

„Oto on, wielki i potężny,

oto on, paszcza mórz,

oto on, pogromca kryla,

oto on, syn Prastarego.

Nasze łodzie były szybkie,

nasze harpuny ostre.

Nie ma w nas nienawiści, bracie,

Tylko głód naszych dzieci”.

Do męskich głosów dołączyły kobiece:

„Białe kości, na ściany,

twarda skóra, na dach,

żółty tłuszcz, dla ciepła,

czerwone mięso, dla sił,

wątroba, nerki, serce i krew,

zęby, fiszbiny, czaszka i język,

przyjmiemy twe dary bracie,

będziesz w nas żył,

będziesz w nas żył”.

Wieloryb. Znów upolowali najpierwsze z dzieci Prastarego Pożeracza.

Przez chwilę obie pieśni brzmiały jednocześnie, lecz w miarę jak kobieca potężniała, nabierała mocy, męska cichła. Tak od zawsze przekazywano w jej plemieniu pracę. Teraz mężczyźni zaczną oporządzać sprzęt, naprawiać broń i łodzie, jeśli któryś został zraniony, zajmą się nim szamani. Potem pójdą odpoczywać. A kobiety wezmą kamienne i żelazne noże, zsuną się na unoszoną przez fale tuszę i zaczną ją rozbierać.

To siedemnasty wieloryb, którego upolowano w ciągu trzech dni. I czwarty od wczoraj. Niby kolejna wielka zdobycz, ale dla pięćdziesięciu tysięcy wciąż wychudzonych aherów, zamkniętych w brzuchu tej dziwnej bogini o ciele z drewna, ledwo wystarczająca.

Jednak było to świeże mięso i tłuszcz, pierwsze – nie licząc mięsa bestii spod pokładu oraz tej garstki fok, morsów i miruuva, którą udało im się upolować na kilku wysepkach – jakie mieli od miesięcy, i niosło obietnicę kolejnych udanych polowań.

Przeciągnęła się mocno. Dni, kiedy mogła tylko leżeć w namiocie i tłumić rodzący się w gardle krzyk, minęły. Jej lęki także się rozwiały. Bogini-statek, mimo swego ogromu, nie tonęła, potwory z jej brzucha, dolnych pokładów – poprawiła się – zostały upolowane i zjedzone, po nich przyszła pora na każde napotkane stado morskich zwierząt, a teraz nawet na wieloryby.

Jeszcze nie można było powiedzieć, że przybrała na wadze, ale już nie chudła i miała siły do pracy.

Księżycowa Mewa otworzyła oczy i zaczęła się wpatrywać w sufit. Nie powitała jej całkowita ciemność, bo na ścianach i wokół drzwi rosły fosforyzujące porosty. Zresztą lud, z którego pochodziła, mieszkał i polował tak daleko na północy, że przez kilka miesięcy w roku słońce w ogóle nie pojawiało się tam na niebie. Mrok był dla niej czymś zwykłym. Kilka dni temu większość jej szczepu przeniosła się z otwartego pokładu do wnętrza statku. Było tu ciepło, sucho i przytulnie, a w sąsiedniej komnacie znajdowało się w podłodze zagłębienie z wodą do picia. Bogini-statek zamieniała jakoś słoną wodę w słodką i rozprowadzała ją po swoim wnętrzu, więc nie musieli już wciągać na pokład kawałków lodu do topienia. Setki takich zbiorników, strugi szemrzące w ciemności, a nawet kilka okrągłych basenów wypełnionych po brzegi chłodną i czystą wodą – cuda czynione przez Nocną Perłę były naprawdę wspaniałe. Księżycowa Mewa zamknęła oczy i, tak jak przekazała jej matka, posłała swoje myśli ku okrętowi.

Witam cię, Wielka Siostro. Dziękuję za dobry sen w twoim brzuchu, dziękuję za schronienie, wodę i to, że wiedziesz naszych myśliwych śladami zwierzyny. Oby śmiech był dziś twoim towarzyszem.

Ostatnie zdanie wymyśliła sama, ale i matka, i szaman szczepu mówili, że dobrze jest przekazać bogini coś z głębi własnego serca. Poczuła – albo wydawało jej się, że czuje – jak jej posłanie zadrżało lekko.

Wstała. Wkrótce pierwsze kawały żółtego sadła trafią pod pokład, gdzie trzeba je będzie poporcjować i dzielić między wszystkie plemiona i szczepy. Czekała ją praca.

* * *

— Są całkiem nieźli. Słyszałem opowieści, ale szczerze mówiąc, do tej pory uważałem je za bajki.

Nocna Perła dryfowała wolno, osłaniając przed wiatrem i falami najnowszą zdobycz aherskich myśliwych. Altsin stał przy sterburcie, oparty o reling i zerkał w dół wzdłuż czarnej jak smoła płaszczyzny. Kilka pięter poniżej, nieco na lewo od niego unosiła się na wodzie tusza wieloryba, długa na co najmniej sześćdziesiąt pięć stóp. Z grzbietu olbrzyma sterczały harpuny, do których przymocowano wielkie skórzane worki. Za wielorybem widział łodzie myśliwych, lekkie, o kościanych lub drewnianych szkieletach obciągniętych skórą, ze skórzanymi pływakami na dziobie i rufie. Co najmniej jedna wciąż tkwiła na powierzchni tylko dzięki temu zabezpieczeniu, jakieś pół godziny temu ogon walczącej o życie bestii wyrzucił ją w górę jak dziecięcą zabawkę, roztrzaskując na pół. Trzech łowców wylądowało w wodzie. Jeden, którego wodoodporny strój się rozdarł, umarł z zimna, nim dotarła do niego pomoc.

Borehed, obserwujący wraz ze złodziejem całe polowanie, stwierdził potem, że to dobra wymiana. Jedno życie w zamian za pełne brzuchy tysięcy współplemieńców. Altsin, patrząc na maleńkie łodzie otaczające morskiego lewiatana, podpływające niemal na wyciągnięcie ręki do jego cielska, by myśliwy mógł cisnąć harpun, po czym robiące nagły zwrot, by uciec poza zasięg wściekle młócącego ogona, był rozdarty między podziwem dla odwagi aherów a współczuciem dla zwierzęcia. To nie było szybkie polowanie na jelenia, z łukiem czy kuszą, lecz trwająca ponad trzy godziny walka.

Wieloryb pojawił się przy burcie Nocnej Perły, najwyraźniej nie postrzegając tego długiego na pół mili statku jako zagrożenia, a wtedy łódź z myśliwymi podkradła się do niego z boku i pierwsze dwa harpuny wbiły się w ciemnoszary grzbiet. Zwierz zanurkował, ale skórzane worki uwiązane do harpunów utrudniały mu ucieczkę w głębiny, a za każdym razem, gdy wypływał, by zaczerpnąć tchu, natychmiast zdradzały jego pozycję. Wtedy do ataku ruszały kolejne łodzie.

Po dwóch godzinach takiej zabawy w kotka i myszkę dwa tuziny wypełnionych powietrzem worów praktycznie uniemożliwiały morskiemu olbrzymowi zanurzenie się.

Potem była już tylko ostatnia, rozpaczliwa walka i w końcu długie ostrze sięgające serca zakończyło polowanie.

A teraz myśliwi wracali do rodzin. Łodzie zaczepiano za rufy i wciągano wzdłuż burty na pokład, gdzie zostaną naprawione i będą czekać na kolejną okazję. Na zakrwawiony grzbiet wieloryba opuszczała się grupka kobiet. To znaczy Altsin musiał uwierzyć Borehedowi na słowo, że to kobiety, bo w wodoodpornych strojach, w których odsłonięte miały tylko dłonie i twarze, niczym nie różniły się od mężczyzn. Krępe, pleczyste i silne, zaczęły od przeciągnięcia pod brzuchem zwierzęcia kilku rzemiennych lin umocowanych do burty, po czym raz-dwa zaczęły pracować nożami. Altsin widział to już kilka razy, najpierw na górę wędrowały wielkie kawały tłuszczu i mięsa, potem podroby, żebra, kręgi i inne kości, a na końcu wspólnym wysiłkiem – tak na oko setki kobiet – na pokład wciągano głowę. W mniej niż dwie godziny cały wieloryb na zawsze opuszczał morze.

Oderwał wzrok od zaczynającej się właśnie krwawej roboty i zerknął na szamana.

— Mimo wszystko, to nie może tak wyglądać — powiedział.

Borehed nie odpowiedział od razu.

— Obiecała, że to tymczasowe rozwiązanie, że jak nabierze sił, to będziemy mieli w bród ryb. Ale nim to nastąpi, musimy sobie jakoś radzić.

Altsin nie zamierzał dyskutować z oczywistością.

Mimo że zaczęli wreszcie napotykać zwierzynę, widmo śmierci głodowej nadal nad nimi wisiało.

Na kilku niewielkich wyspach natrafili na kolonie fok i ptasie gniazda, odkryli też stada morsów i podobnych do nich zwierząt, z dziwacznie wielkimi nochalami, które aherowie zwali miruuva. I choć każde z tych miejsc czyścili do gołej ziemi, nadal żyli z dnia na dzień.

Od kilku dni płynęli, a raczej dryfowali przez wody, na których żerowały wieloryby. Polowali na nie, a każde łowy oznaczały, że wielki okręt zatrzymywał się, by nie zostawiać za sobą łodzi z myśliwymi, i gdy zdobycz przymocowywano do burty, czekał, aż zostanie poporcjowana i wciągnięta na górę. I tak przez większość doby. Właściwie, uwzględniając prąd morski, który nieustannie pchał ich na wschód, to stali w miejscu.

Altsin oderwał wzrok od kanciastej twarzy szamana i wzruszył ramionami.

— Powiedziała, że potrzebuje miesiąca, by się zmienić. Wytrzymacie tyle?

Borehed chyba się uśmiechnął. Altsin wolał ten grymas z obnażeniem zębów i mrużeniem oczu uznać za uśmiech.

— Musimy. Bo jakie mamy wyjście? Poza tym, już jest lepiej. Swarhe prawie opustoszało, wiele szczepów zeszło już pod pokład, jak upolujemy dzisiaj jeszcze dwa tak duże wieloryby, to każdy naje się do syta. Tam — szaman wskazał na rotundę — cały czas śpiewamy dla niej pieśni. Uda nam się.

Miał rację. Wiele się zmieniło przez ostatnie dni. Najpierw usunięto zmumifikowane ciała leżące dokoła rzeźby dziewczyny, pochowano je w morzu, każde w worku z żaglowego płótna. Wtedy po raz pierwszy usłyszał, jak Nocna Perła śpiewa, cały pokład wibrował w rytm długich dźwięków, powolnych i łagodnych. Pieśń wypełniały słowa, których nie rozpoznawał, lecz było to bez znaczenia, bo jej rytm łapał za gardło i sprawiał, że człowiek miał ochotę usiąść i pochyliwszy głowę, pogrążyć się w zadumie. Czuć było, że nie wypełnia jej tylko smutek, ale i wdzięczność za dni, które minęły, oraz nieokreślona obietnica na przyszłość. Większość aherów wzięła udział w uroczystości, stojąc na pokładzie i kołysząc się do rytmu. Obserwował ich ukradkiem – ciemne twarze z wystającymi kośćmi policzkowymi, głęboko osadzonymi oczyma i dolnymi kłami wysuwającymi się z ust. U mężczyzn mocniej niż u kobiet. Byli inni niż ludy, które złodziej do tej pory spotykał, lecz gdy skłaniali głowy, słuchając pieśni Nocnej Perły i razem z nią żegnali jej poprzednią załogę, dostrzegł, że nie ma to znaczenia.

Wszyscy tak samo opłakujemy zmarłych.

Następnego dnia zbiorniki w niektórych kajutach zaczęły się wypełniać słodką wodą, co skłoniło sporą część aherskich plemion do przeniesienia się pod pokład. Gdy zapytał o to zjawisko bogini-statku, która nagle zrobiła się dość gadatliwa, wyjaśniła ten fenomen krótko:

— Jestem okrętem Nieśmiertelnej Floty, stworzonym z żywego drzewa, by pływać po niezliczonych słonych oceanach. Powinno być dla ciebie oczywiste, że potrafię uzyskać słodką wodę z morskiej, bo jak inaczej miałabym utrzymać załogę przy życiu?

Nie spodobał mu się jej lekko protekcjonalny ton.

— Może więc wydaj jakieś owoce — rzucił złośliwie.

— Nie mogę teraz. Zanim wyciągnę dłonie ku niebu, żeby żywić się światłem, miną miesiące. A tu i tak jest za zimno, i w dzień słońce świeci za słabo, żeby miało to sens.

Zatkało go. Nocna Perła wyczuwając jego konsternację, zaśmiała się cicho i zaprosiła go do kilku kajut na śródokręciu. Ściany pokrywały tam płaskorzeźby przedstawiające okręty, które porastał las. Chwilę zajęło mu, nim zrozumiał, co widzi.

— Na twoim pokładzie może wyrosnąć żywe drzewo? Dające owoce?

— I cień, i miejsce do zabawy, i nasiona otoczone przez włókna podobne do bawełny, i żywicę, i słodki syrop, i wonne kwiaty.

— A te połamane maszty i cały takielunek, który leży na twoim śródokręciu?

— Byłam na wojnie. Sam powinieneś wiedzieć, że do bitwy nie stroisz się w jedwabie.

Stanął mu przed oczyma Oum i dolina Dhawii stworzona z jego poranionego ciała.

— Jesteście bardzo… — szukał właściwego słowa — bardzo żywotni.

— Nie — odpowiedziała cicho, a on prawie mógł sobie wyobrazić, jak kręci przecząco głową. — Nie tak bardzo, jak myślisz. Taka zmiana wymaga lat, dwóch, trzech, czasem dziesięciu. I muszę też mieć dość światła, a czasem nawet pływać nad taką płycizną, żeby wypuścić korzenie i pożywić się żyznym mułem z dna. Drzewa nie urosną w miesiąc i nie wydadzą owoców w dwa. Musisz się ciężko napracować, by ofiarować takie dary swoim ludziom. — Zamilkła, a gdy znów się odezwała, jej głos zmienił się, zmatowiał i zabrzęczał gniewem. — A potem przychodzi wezwanie do walki i topory rąbią drzewa owocowe, by zmienić je w maszty i przerobić na machiny do miotania ciężkich strzał. Zamiast tkać cienką bawełnę na ubrania, robi się grubą tkaninę żaglową i sieci przeciwabordażowe, a żywicą wypełnia pociski zapalające. A ty musisz patrzeć, jak twoja załoga, twoja rodzina ginie od mieczy, czarów, ognia, trujących gazów i z głodu…

Przerwała gwałtownie, a jemu wydawało się, że słyszy wzburzony oddech. Nie potrafił jej w żaden mądry sposób odpowiedzieć, sam mając w głowie dość wspomnień Bitewnej Pięści, czasem obawiał się zasnąć. Oboje pamiętali tamtą wojnę lepiej, niżby chcieli.

Wyszedł bez słowa.

* * *

W kilka dni po morskim pogrzebie rotundę na rufie wypełniły głównie stare aherskie kobiety, siedzące wokół posągu z czarnego drewna i nucące monotonną mruczankę. Altsin tylko raz przyjrzał się temu zgromadzeniu, szukając śladów Mocy. Była tam, tkana przez śpiew, adorację i rodzącą się wiarę, ale tak naprawdę szybko odkrył, że cała ta niby-kaplica nie jest niezbędna i służy bardziej tym staruszkom, zbyt słabym, by ciężko pracować, niż samej Nocnej Perle. Ona nie potrzebowała takiego miejsca, bo cała była jedną wielką żywą świątynią. Zaczynał rozumieć, na czym polegała potęga okrętów Nieśmiertelnej Floty. Nie mogłeś żyć na pokładzie jednego z nich i nie pamiętać bez chwili przerwy, że obcujesz ze swoim bogiem. Chodzisz po jego skórze, śpisz w jego wnętrzu, pijesz wodę, którą dla ciebie odsolił z drewnianego kubka wykonanego z jego żywego ciała. Nie musisz się modlić cały czas, wystarczy, że pamiętasz, gdzie jesteś, że bóstwo zajmuje znaczną część twojej uwagi. W przypadku panteonu czczonego na kontynencie wyglądało to zupełnie inaczej – bogowie oswajają i pozyskują Moc poprzez żywe umysły wiernych, więc mogłeś mieć milion, pięć albo dziesięć milionów wyznawców, ale jeśli przez większość czasu nawet nie pamiętali oni o podstawowych doktrynach własnej wiary, a wizyta w świątyni była tylko okazją do pokazania się sąsiadom w odświętnych szatach i zdrowej drzemki w czasie nabożeństwa, to byłeś w gorszej sytuacji niż taki statek-bóstwo, który zamiast dostawać ochłapy uwagi, był w jej centrum cały czas. Żeby Nieśmiertelny mógł zgromadzić naprawdę wielką potęgę, wierni musieli go czuć, skupiać się na nim i adorować całym sercem.

I taka adoracja rodziła się właśnie na jego oczach.

Altsin obserwował to od jakiegoś czasu, dokładniej od chwili, gdy myśliwi pierwszy raz wrócili z udanego polowania. Któryś przykląkł, położył lewą dłoń na relingu i przymknąwszy oczy, wymruczał kilka słów, inny ściągnął rękawicę, rozciął krzemiennym nożem opuszkę palca i własną krwią narysował na czarnym drewnie jakiś prymitywny znak. Inni, po wciągnięciu foczej tuszy na górę, odcięli jej ucho i przybili do pokładu. Dziesiątki drobnych form uwielbienia i szacunku, jeszcze instynktownych, jeszcze nieujętych w ramy sztywnej liturgii, a każdy z nich miał większą siłę niż cała noc bezmyślnego klepania modlitw.

Także rozbierające zdobycz kobiety zaczynały pracę od własnych wyrazów wdzięczności – przyłożenia palców do ust i dotknięcia nimi desek, które miały spłynąć krwią, trzykrotnego skłonienia się w kierunku dziobu i rufy albo po prostu śpiewania w trakcie pracy pieśni, która sławiła boginię-statek, wiodącą ich do wód pełnych zwierzyny.

Każdy z tych gestów niósł jedno przesłanie: dziękujemy ci bogini, czcimy cię, myślimy o tobie. A każda taka myśl była niczym kropla deszczu zabierająca okruch Mocy i przekazująca ją Nocnej Perle. Bogini-statek rosła w siłę, nie tylko zaczęła dostarczać słodką wodę do kajut, nie tylko blizny po pożarach, które szpeciły jej kadłub, zaczęły zarastać, ale i najwyraźniej łatwiej jej było odnaleźć na bezkresie oceanu wieloryby.

Tak jak teraz. Ledwo bowiem ostatnia część upolowanego olbrzyma znalazła się na pokładzie, okręt zadrżał i zmienił kurs, przyspieszając. Dźwięk podobny do morskiego rogu zabrzmiał nad pokładem i kolejna grupa myśliwych zaczęła szykować broń, sprawdzać lekkie łodzie oraz worki wypełnione powietrzem.

I modlić się, przyklękając, ofiarowując własną krew, dotykając twarzami desek pokładu. Altsin prawie mógł dostrzec kolejne migoczące drobiny, które przechodziły przez nich i wsiąkały w czarne drewno.

Moc kształtowana przez myśli i emocje inteligentnych istot karmiła boginię, bogini przyjmowała ten dar i w zamian dbała o dobro swoich wyznawców. Tak powinno wyglądać prawdziwe współistnienie między bóstwem a wiernymi.

Złodziej doskonale wiedział, że to raczej rzadki przypadek. Najczęściej śmiertelnicy byli traktowani jak bukłaki do opróżnienia. Jeśli bogowie mieli wystarczająco wielu wyznawców, mogli wypić jednym haustem całe morze Mocy, po czym użyć jej w dowolny sposób. Jeśli jednak wyznawców było mało albo bóg zachłannie przekroczył pewien limit, takie czerpanie mogło się skończyć dla wiernych tragicznie. Altsin doświadczył czegoś podobnego, gdy w Ponkee-Laa sięgnął po Moc przez ciała młodych idiotów, noszących wytatuowany znak Reagwyra, zwany Durwonem. Wypalił im skórę i mięśnie do kości i najpewniej, jeśli nie otrzymali odpowiedniej pomocy, dożywotnio okaleczył. I nadal tego nie żałował. Widział też, jaką cenę płaciły Czarne Wiedźmy służące umierającemu Oumowi, gdy bóg-drzewo czerpał Moc tylko przez ciała garstki najbliższych sług. Najpewniej wynikało to z tego, że żyjący na wyspie bożek był stary i od tysiącleci uwięziony na lądzie, a może miało to coś wspólnego z tym, że nawet wśród Seehijczyków wiara w Ouma stawała się coraz bardziej powierzchowna.

Tu jednak obserwował, jak Nocna Perła przyjmuje adorację w ciszy, łagodnie, a nawet z pewną pokorą. Piła Moc, nie próbując jednak sięgnąć po więcej niż jej dobrowolnie ofiarowywano.

Podobał mu się ten widok.

Stał z Borehedem na kasztelu rufowym i patrzył w dół, jak mężczyźni sprawdzają sprzęt, a kobiety kończą porcjować wielkie kawały sadła i przekazują je czekającym w kolejce współplemieńcom. Nikt, mimo że wszyscy prawie konali z głodu, nie przepychał się na przód, nie kłócił ani nie próbował wymusić przydziału lepszej żywności. To też mu się podobało.

— Twoi ludzie są bardzo zdyscyplinowani — powiedział do szamana.

Aher pokręcił głową.

— To nie dyscyplina, tak jak rozumiecie ją wy, ludzie – czyli zachowam się grzecznie, bo inaczej spotka mnie kara – lecz mądrość tych, którzy żyją wśród lodów. Ta mądrość głosi, że mój brzuch nie jest ważniejszy niż twój, że warto się podzielić najmniejszym kęsem strawy, by w przyszłości dostać wsparcie od tych, którym pomogło się dziś. Wspólnota jest najważniejsza. Nie ma Ja, jesteśmy My. Tysiące lat życia w królestwie Anday’yi nauczyło ich tych zasad.

— I sprawdzają się?

— Gdyby się nie sprawdzały, północne plemiona by nie przetrwały. Kiedyś nimi gardziłem, teraz podziwiam.

Altsin popatrzył na niego pytająco.

— Urodziłem się na południowej stronie Wielkiego Grzbietu, w plemieniu, które od stu lat walczyło z ludźmi. Widzisz moje zęby. — Szaman postukał się w imponujące kły. — Są większe niż u tutejszych mężczyzn.

— Myślałem, że to oznaka zgrzybiałej starości, eee… to znaczy wieku i mądrości.

Aher zignorował zaczepkę.

— Nie. To znak klątwy. Mój lud… Jeśli młodzi dorastają, wciąż walcząc, wciąż nienawidząc i rozlewając krew, ich dolne kły robią się większe i dłuższe. Tak rozpoznajemy wielkich wojowników. Miałem trzydzieści lat, gdy pierwszy raz poszedłem na północ, za góry, i napotkałem tamtejsze plemiona. Chciałem je prosić o pomoc w walce z ludźmi. Oni odmówili. Okrzyknąłem ich tchórzami i kozimi fiutami, tak to chyba będzie brzmiało w twoim języku, po czym wróciłem i poprowadziłem na północ tuzin wojowników, by zabrać tym tchórzom psy, kobiety, futra. By porwać ich dzieci i wychować na prawdziwych Ag’heeri, Lud Gór.

Zamilkł na chwilę, zagryzając górną wargę.

— Nie byli tchórzami. Stawili nam czoła i pokonali, tłukąc trzonkami włóczni do nieprzytomności. Połamali sporo kości, powybijali mnóstwo zębów. Nie zabili jednak żadnego z nas, tylko zrobili coś gorszego – opatrzyli, podleczyli i odesłali na południe. Nazwali nas tluun hus. Chore dzieci.

— A wytatuowałeś sobie tę historię?

Borehed uśmiechnął się szeroko.

— Tak. Kilka lat później, gdy zrozumiałem lekcję, której mi udzielili.

— A jaka to lekcja? — zamruczał pokład wokół nich. Nocna Perła też była ciekawa.

— Że być może dzika nienawiść i nieskończona wojna nie są jedyną rzeczą, jaka liczy się w życiu. To wtedy nauczyłem się szanować niektórych z twoich pobratymców, człowieku. Oczywiście tylko na tyle, by uhonorować ich tatuażem, gdy ich zabiję.

— Oczywiście.

Szaman spoważniał nagle i wskazał na krzątających się po pokładzie pobratymców.

— To wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że być może są oni jedyną nadzieją dla mojego ludu.

— Dlaczego? Bo przegrywacie wojnę z Meekhańczykami?

— Wojnę przegraliśmy dwieście lat temu. A wegetujemy w górach tylko dlatego, że nie ma tam nic, co skłoniłoby Imperium do rozciągnięcia prawdziwej władzy nad całą Północą. Żyjemy na skraju lodowców, w dolinach, gdzie nawet górskie kozice ledwo znajdują coś do jedzenia, w lasach tak gęstych, że od dziesięcioleci słońce nie zaświeciło na ich poszycie. Ty, wurtgaghew, masz rację, że świat się odmienił, Mrok pękł i idą złe czasy, ale dla moich ludzi złe czasy nadeszły wiele pokoleń temu i cokolwiek wyjdzie z ciemności, nic to dla nich nie zmieni. Wiem, że plemiona, które opierają się ludziom… — zacisnął na chwilę zęby, aż zarysowały mu się mięśnie szczęki — są skazane na zagładę. Większość z ich wojowników trzyma przy życiu tylko nadzieja na to, że zginą, walcząc albo z jakąś bandą zbójów, albo z oddziałem Górskiej Straży, który zostanie wreszcie wysłany, by ostatecznie rozwiązać problem dzikusów. A nie że zdechną z głodu w bezimiennej dolinie albo na gruźlicę w jakimś obozie, do którego Imperium nas zapędzi, aby poczekać, aż wymrzemy. Bo wiesz, co jest najgorsze w ludziach z Meekhanu? Za co najbardziej ich nienawidzę? Nie za to, że z nami walczą, lecz za to, że nie podchodzą do tego zbyt poważnie. Imperium mogłoby nas zgnieść, a traktuje, jakbyśmy byli bandą zdziczałych psów, które od czasu do czasu porwą kilka owiec, ale to tylko drobna niedogodność. Nieistotna i nieważna. Najpierw odebrali nam prawo do ziemi, do życia… a teraz nawet nie chcą nam dać szansy na honorową śmierć.

Borehed zamilkł, a w jego oczach płonęła taka nienawiść, że Altsin czuł, jakby stanął na wprost kowalskiego paleniska.

— Zamierzasz wrócić w góry? — zapytał, dopiero gdy ogień w oczach ahera przygasł.

— Wkrótce. Obiecano mi to.

Złodziej żałował, że nie ma w pobliżu rzeźby, do której mógłby się zwrócić, więc tylko postukał palcem w reling.

— Obiecałaś?

— Sam powiedziałeś, że nie wszyscy zechcą ze mną zostać. Niektórzy nadal rozbijają namioty na pokładzie i jednocześnie odmawiają nawet podejścia do burty i spojrzenia na ocean. — Nocna Perła wydawała się zasmucona. — Nie mogę ich tu trzymać wbrew woli ani siłą zmusić do pracy. Sądzę, że co najmniej kilka tysięcy będzie chciało wrócić, zwłaszcza jak już ich podkarmimy.

— A ty zawrócisz i odstawisz ich z powrotem?

— A jak sądzisz, dlaczego wlokę się jak unoszona wiatrem kłoda? Daję im czas na oswojenie się z nowym życiem i dokonanie wyboru. Jak mogłabym pływać z załogą, która się mnie boi albo nienawidzi?

Przełknął złośliwą uwagę. Gdyby tylko Nocna Perła wiedziała, do czego zdolni byli inni bogowie.

— Więc zawrócimy?

— Jak tylko zgromadzimy dość zapasów, by zaopatrzyć odchodzących na przynajmniej miesiąc. Wysadzimy ich w zatoczce na wschodnim krańcu Loharrów. Borehed odejdzie wraz z nimi.

— Resztę zostawię w twoich rękach — szaman nagle uśmiechnął się szeroko — bo to ty obiecałeś nam własną boginię i szansę na ocalenie.

— Nie przeczę. Ale nie zamierzam tu zostać na zawsze, bo jak zjem jeszcze kawałek surowego wielorybiego sadła, to sam wskoczę do wody i znajdziecie mnie tylko po strumieniu pary lecącym w górę.

— Nie jesteś pierworodnym Prastarego i nie masz trsafh. — Borehed dotknął czubka głowy.

— Nozdrzy, co? Ha, nie mówiłem, że będę wypuszczał gazy tą stroną.

Nocna Perła zaśmiała się.

* * *

Księżycowa Mewa drgnęła i prawie skaleczyła się w dłoń, słysząc niespodziewany dźwięk. Dziwnie nie pasował do tego wielkiego jak wyspa statku. Stojąc na pokładzie, można byłoby się przecież spodziewać dudniącego, chrapliwego i niskiego ryku. Zamiast tego młody, dziewczęcy głos rozbrzmiewał w powietrzu dźwięczną kaskadą. Wszyscy wokół niej, kobiety porcjujące zdobycz, myśliwi szykujący broń i ci, którzy czekali na swoje jedzenie, zamarli na chwilę, a potem na wielu twarzach pojawiło się zrozumienie. Wielka Siostra się śmiała. Wielka Siostra doznała chwili szczęścia. Wielka Siostra cieszyła się życiem. Być może tym, że właśnie zbliżała się do kolejnego wieloryba, który wkrótce nakarmi swym ciałem głodnych, a sam ruszy w drogę wzdłuż Wiecznego Kręgu.

Tysiące umysłów płynących na pokładzie Nocnej Perły podchwyciło tę myśl, tysiące serc i dusz poświęciło chwilę, by ją celebrować i cieszyć się szczęściem swojej nowej bogini.

Tysiące kropelek Mocy zabłysło i wsiąkło w czarne drewno.

Загрузка...